Opinie Dzisiaj 17:44 | Jolanta Fischer
Z braku bohaterów. Dżuma i cholera [FELIETON]

fot. Huta Pieniacka/ Wikimedia

Rada Miasta Bydgoszczy przegłosowała ostatnio kolejne transze pomocy dla ukraińskich miast partnerskich. Instytut Pamięci Narodowej przez siedem lat walczył o pozwolenie na ekshumację ofiar ludobójstwa wołyńskiego w miejscowości Huta Pieniacka (przedwczoraj obchodziliśmy rocznicę tej tragedii). Po siedmiu latach Ministerstwo Kultury Ukrainy wyraziło zgodę na ich przeprowadzenie. To druga taka zgoda. Warto to podkreślić: druga.

Oczywiście dochodzą jeszcze szczegółowe ustalenia, które mają nie mniejsze znaczenie: czy strona polska będzie uczestniczyć w pracach wyłącznie jako obserwator, czy też zostanie wspaniałomyślnie włączona w ekshumacje, czy możliwe będzie podjęcie wszystkich szczątków (według doniesień medialnych, w czasie ustalania warunków przy pierwszej zgodzie, Polsce zaproponowano, by… do liczby ofiar ludobójstwa nie włączać pomordowanych niemowląt i dzieci). Jednocześnie dyrektor Ukraińskiego IPN – Ołeksandr Ałfiorow – mówi o „odważnym dialogu”, którego zwieńczeniem ma być planowany na maj polsko-ukraiński kongres historyków oraz wydanie zgód na ekshumacje, aby jak zaznaczył, sprawa Wołynia „z czasem straciła na znaczeniu”(!). Nie omieszkał również określić tę zbrodnię mianem „lokalnego epizodu historii”.

Ukraina wykrwawia się w wojnie po napaści Rosji i wyciąga ręce po pomoc. Logiczne jest, że leżącego się nie kopie, ale prawda to dobry początek każdej przyjaźni. To bezpłatny gest, niewymagający od walczącego kraju żadnych większych poświęceń. Przez lata wysłuchałam wielu argumentów, dlaczego sąsiedni kraj nie może w tej chwili nic dla nas zrobić, a my nie powinniśmy o to zabiegać. Znalazło się nawet wytłumaczenie ciągłej gloryfikacji zbrodniarzy UPA – przecież oni nie mają innych bohaterów, a jakichś mieć muszą, żeby budować swoją tożsamość. Dziś z całą stanowczością należy odpowiedzieć – lepiej nie mieć żadnych niż takich. Czystą kartkę można jeszcze zapisać pięknymi zgłoskami.

Zresztą argument o „braku bohaterów” jest z gruntu fałszywy. Byli Ukraińcy, którzy wykazali się heroizmem. Ostrzegali polskich sąsiadów, próbowali ich ratować, nierzadko płacąc za to najwyższą cenę. Dziś spoczywają obok nich w bezimiennych dołach na swojej ojczystej ziemi. Dlaczego to nie oni stali się kamieniem węgielnym ukraińskiego etosu?

Jest jeszcze drugi argument. W jednym z reportaży Polka, która udzieliła schronienia Ukraince we własnym domu, opowiadała o jej roszczeniowej postawie i nagłej ucieczce bez słowa wyjaśnienia. W odpowiedzi padło twarde zdanie: jeśli Polacy oczekują wdzięczności, to znaczy, że nie pomagali bezinteresownie. Nikt nie żąda pieniędzy, laurek ani wiernopoddaństwa. Ale kiedy ktoś oddaje wszystko, co może, a zamiast wdzięcznego uśmiechu widzi jedynie grymas niezadowolenia lub chłód obojętności, ma prawo zapytać, czy pomógł potrzebującemu, czy został wykorzystany. Nikt nie lubi być frajerem. Polska szczególnie nie powinna nim być.

Polityka jest grą interesów, a nie sentymentów. W ferworze emocji warto o tym pamiętać. Nasi sąsiedzi nawet w obliczu wojny potrafią bez kompleksów zabiegać o swoje sprawy. Również na gruncie etycznym nie ma w tym nic niestosownego – każda relacja zakłada wzajemność, choćby niematerialną. W przeciwnym razie zaczyna być relacją toksyczną, lub wręcz pasożytniczą.

Interes Polski to wygrana Ukrainy – potrzebujemy strefy buforowej, jak najkrótszej granicy z Rosją. Jeśli jednak w imię doraźnej polityki zrezygnujemy z bezkompromisowego dążenia do prawdy i elementarnego szacunku, jeśli pozwolimy, by zwyciężyła narracja UPA i kult takich „bohaterów”, warto zadać sobie pytanie, czy nie próbujemy odgrodzić się od dżumy cholerą. I czy w tej sytuacji rzeczywiście pozostanie jeszcze jakieś mniejsze zło?

 

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->