[OKIEM TYGODNIKA] Książęta, muminki i duchy – czyli harmonogram bajki
fot. AI, ilustracyjne
Kiedyś dzieci po prostu się rodziły, a potem wychowywało się je najlepiej, jak człowiek potrafił — bez aplikacji, webinarów i planu rozwoju kompetencji miękkich od trzeciego miesiąca życia. Dziś coraz częściej dziecko bywa projektem, dodatkiem do stylu życia albo przeciwnie: kimś, kto burzy misternie ułożony scenariusz dorosłych. I właśnie od tego zaczyna się kłopot.
Inne z kategorii
Szkolny bufet, irytująca melodyjka dzwonka na przerwę i ożywiona dyskusja licealistek.
— Ja będę miała dwójkę dzieci: chłopca i dziewczynkę — powiedziała jedna z nich z pewnością, która w niczym nie przypominała jej odpowiedzi na ocenę pół godziny wcześniej.
— Mój synek będzie miał kręcone jasne włosy i błękitne oczy — zawtórowała druga. — Ale mąż nie może być obecny przy porodzie. Będę wyglądać szkaradnie!
Biedny mąż, który nawet nie istniał, a już miał szereg zakazów...
I trzeci głos, nieśmiały niczym polityk w programie śniadaniowym:
— Ja będę miała góra jedno dziecko. Córeczkę. Z zielonymi oczami. Ale dopiero, jak dostanę jakieś kierownicze stanowisko i duży dom z ogrodem.
Siedziałam wtedy skulona nad swoją kanapką, zastanawiając się, czy słyszę właśnie ramowy plan wydarzeń życia, czy opis wizyty w sklepie z lalkami. Grunt to poczucie sprawczości!
Oczywiście nastolatki mają prawo do marzeń i szkicowania możliwych scenariuszy. Gorzej, gdy z takiego myślenia nigdy nie wyrosną, próbując zmusić rzeczywistość, by dopasowała się do konkretnej wizji. Ta szkolna rozmowa wraca do mnie dziś, w Dniu Dziecka, nie dlatego, że była naiwna, lecz właśnie dlatego, że coraz częściej podobnym językiem mówią dorośli.
Niedawno Eurostat obniżył i tak już pesymistyczną prognozę liczby ludności Polski na 2100 rok. Ma ona spaść o 32%. W 2024 roku państwo wydało natomiast więcej pozwoleń na pracę dla cudzoziemców, niż urodziło się dzieci. Nierzadko powodem rezygnacji z potomstwa wcale nie są względy materialne (doświadczenie epok pokazuje, że ten aspekt nigdy nie miał kluczowego znaczenia dla poziomu dzietności – wszak w porównaniu z naszymi przodkami, żyjemy w bardzo komfortowych warunkach), ale ogólny brak sympatii do maluchów i pragnienie samorealizacji (kariery zawodowej, podróżowania, swobody itp.). Widać to także w samym podejściu do matek. Coraz częściej kobiety w ciąży spotykają się nie z troską i życzliwością, ale… z krzywymi spojrzeniami („Chciała, to ma. Niech teraz stoi w tym autobusie!”).
Kulturowy kryzys macierzyństwa to jednak tylko pierwsza strona medalu. Ci, którzy o potomstwie zaczynają myśleć, często bowiem myślą o nim jak licealistki — w kategorii lalki, szytej na zamówienie. Ma być konkretna liczba, w konkretnym czasie i spełniająca konkretne parametry. Dziecko nie jest już darem, ale projektem, który ma uzupełnić idealny obraz naszego życia. Kiedy życie dopisuje własny rozdział bajki i dowiadujemy się, że maluch będzie chory lub — jak to miało ostatnio miejsce — rozwija się razem z bliźniakiem, wtedy nasza miłość okazuje się warunkowa. Nie przyjmujemy łatwo zmian w idealnie rozpisanym planie wydarzeń. To epoka kultu jednostki – jej traum, pragnień i kaprysów. Wszystko jest więc oceniane przez pryzmat formy życia, a niekoniecznie jego treści. Ma być wesoło, przyjemnie, satysfakcjonująco. Jeśli więc pojawia się maluch, to po to, żeby zaspokoić czyjąś potrzebę emocjonalną, albo po to, żeby kult jednostki mógł zostać przeniesiony na inną jednostkę — dziecko.
To z kolei wypacza samo rozumienie miłości.
Rodzicielstwo coraz częściej wpada w pułapkę trzech wadliwych modelów wychowawczych. Pierwszym z nich jest kształtowanie dziecka-księcia. Opiekunowie wychodzą ze słusznego założenia, że miłość do dziecka powinna być bezwarunkowa i bezgraniczna, ale zapominają, że nie – bezkrytyczna. Czują się w obowiązku spełniać wszelkie potrzeby i pragnienia malucha, nie żądając niczego w zamian (nawet szacunku do siebie). Chronią go przed wszystkimi ciosami, a nawet przed konsekwencjami jego własnych czynów. W ten sposób zamiast dojrzałego człowieka, wyrasta Piotruś Pan, Król Maciuś Kolejny lub Księżniczka na Ziarnku Grochu. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie zawsze ten model wychowawczy wynika z naiwności. Może być też wynikiem traum rodzica. Niemieccy okupanci i komunistyczni oprawcy wymordowali wielu młodych mężczyzn — potencjalnych ojców i wychowawców . Wychowanie dzieci spadło więc na barki kobiet. Po zakończeniu wojennej hekatomby mogły one wreszcie kochać swoich bliskich bez lęku przed utratą. Przelały więc na dzieci całe swoje uczucie, starając się zapewnić im wszystko to, czego same nie miały (obfite posiłki, dziecięcą beztroskę i pewną przyszłość). Same, będąc przyzwyczajone do wychowania w kulcie poświęcenia i heroizmu, dokładnie to czyniły wobec swoich rodzin.
Podobny mechanizm, choć inaczej zrealizowany, występuje przy modelu dziecka-muminka. Rodzice, świadomi zagrożeń i okrucieństwa świata, zamykają malucha w bańce mydlanej – idealnie bezpiecznej, nierealistycznej strefie. Starają się nim opiekować na każdym kroku i rozwijać jego wrażliwość wobec najmniejszych gestów. Tak ukształtowany człowiek może jednak okazać się zupełnie nieprzystosowany do samodzielnego życia. Nie radzi sobie z podstawowymi obowiązkami i wyzwaniami emocjonalnymi. Do końca pozostaje zależny od rodziców. To dziecko, które nigdy nie przestaje być bezbronne. Może właśnie tutaj należy upatrywać przyczyny zjawisk, o których szeptem opowiedziała mi kiedyś pewna drużynowa – „Mam dwunastoletnich harcerzy, którzy nie potrafią zawiązać sznurowadeł”. O niepokojących zjawiskach informują też nauczyciele. Niektóre dzieci nie mają świadomości, że należy wziąć bilet, jeśli chce się pojechać autobusem, a prasa informowała w zeszłym roku o znikaniu ze szkół zegarów analogowych. Uczniowie nie radzą sobie bowiem z odczytywaniem godziny.
Współcześnie jednak popularniejszy jest trzeci model: dziecko-duch. Bardzo często dotyka on tak zwanych „dobrych domów”, gdzie wręcz przesadnie zaspokojone są materialne potrzeby malucha (zabawki, modne rzeczy, dodatkowe zajęcia), ale jednocześnie pozostaje ogromny deficyt emocjonalny. Rodzic nie buduje realnej więzi. Albo nie ma czasu dla dziecka, albo spędza go w sposób powierzchowny, uniemożliwiający nawiązanie głębokiej relacji. Dziecko istnieje w domu właśnie jako przemykająca gdzieś po pokojach zjawa. Pamiętam, jak na jednej z grup internetowych pewna mama-prawniczka podzieliła się swoim problemem. Jej sześcioletnia córeczka stała się „nachalna”. Mama podkreśliła, że jest mocno zapracowana, ale ma wyznaczoną godzinę dziennie i pół każdej niedzieli wyłącznie dla dziecka. Ostatnio jednak otrzymała ofertę półrocznego wyjazdu służbowego za granicę, a dziewczynka wpadła w – niezrozumiałą dla niej – histerię. Oczywiście to skrajny przykład szczerego przekonania, że dziecko poczeka ze swoim lękiem, tęsknotą czy radością do wyznaczonej godziny, a wychowanie uda się wcisnąć do kalendarza, gdzieś pomiędzy spotkaniem z klientem a pilatesem. Sam fakt, że ktoś w ten sposób funkcjonuje, może już jednak budzić głęboką obawę. Dzieci-duchy w końcu przestają walczyć o uwagę i błądzą gdzieś na obrzeżach naszego życia. Wreszcie znajdują inne formy radzenia sobie z emocjami – np. toksyczne związki, nałogi czy sekty. Niektóre biorą przykład z rodziców i chowają się za maską prestiżowego życia.
Ta bajka nie ma końca. Książęta wychowują duchy. Duchy wychowują kolejne duchy. Muminki zazwyczaj nie wychowują nikogo. Świat zaczyna obawiać się tej opowieści. Woli zamknąć książkę i cieszyć się wakacjami. Nagłówkami czasopism opowiada własną wersję historii, w której macierzyństwo to największy koszmar i koniec życia kobiety, wszyscy ojcowie znikają, a dziecko może przyjść na świat tylko zgodnie ze ścisłym planem, po skrupulatnym przygotowaniu kosza drogich zabawek, całego planu dodatkowych zajęć i tłumu dorosłych trzęsących się nad każdym jego grymasem. Inaczej będzie nieszczęśliwe. Tymczasem dziecko powinno być kochane, ale także samo umieć kochać. Nie każde zakończenie musi krzyczeć, że „żyli długo i szczęśliwie”. Najważniejsze, by „żyli dobrze i uczciwie”. Tylko to daje realną nadzieję na przyszłość.