[NIEDZIELA Z TYGODNIKIEM] Czego Sobór Watykański II nigdy nie powiedział. Wolność bez prawdy?
fot. Wikipedia – ilustracyjne
Sobór Watykański II bronił wolności religijnej, ale nie ogłosił, że człowiek jest wolny od prawdy. Dignitatis humanae mówi o wolności od przymusu, o prawie do wyznawania wiary i postępowania zgodnie z sumieniem. Nie mówi natomiast, że wybór religii jest sprawą obojętną wobec Boga. To pierwszy z mitów, którym warto się przyjrzeć w cyklu „Czego Sobór Watykański II nigdy nie powiedział”.
Inne z kategorii
Po Bożym Ciele jest cisza w Kościele
„Po Bożym Ciele jest cisza w Kościele” — mawiał mój śp. teść. Miał zapewne na myśli długi okres, w którym po zakończeniu obchodów głównych wydarzeń zbawczych Kościół wchodzi w czas pewnego wyciszenia, trwający aż do początku Adwentu.
W minionym okresie publikowałem rozważania zaczerpnięte z Ojców Kościoła i komentujące Ewangelie przypadające na niedziele. Teraz, gdy zaczyna się cykl mniej uroczysty, chciałbym tamten cykl przerwać i rozpocząć nowy, zatytułowany: „Czego Sobór Watykański II nigdy nie powiedział”.
Jeden z dwudziestu jeden soborów
W historii Kościoła było 21 soborów. Niektóre z nich były niesłychanie ważne dla dalszego rozwoju i trwania wiary chrześcijańskiej. Takim był Sobór Nicejski, który dał Kościołowi zasadniczą formułę wyznania wiary, rozwiniętą później w Credo, które w niedziele i święta recytujemy — szkoda, że coraz rzadziej śpiewamy — w kościołach. W ubiegłym roku minęło 1700 lat od tamtego wydarzenia.
Innym soborem szczególnie zapamiętanym przez historię był Sobór Trydencki, który pozwolił Kościołowi na nowo podnieść się po ciosach zadanych przez rewoltę Lutra, Kalwina i innych, których później nazwano protestantami. Były też sobory zapamiętane przede wszystkim jako organizacyjno-polityczne. Takim był sobór w Konstancji, który pozwolił zażegnać trwającą 40 lat schizmę zachodnią, choć jej korzenie były o wiele starsze i sięgały początku XIV wieku, gdy papież przeniósł się do Awinionu.
Były także sobory uznane później za nieudane, jak Sobór Laterański V, który nie zdołał zapobiec rewolcie Lutra. Był Sobór Watykański I, który określił warunki nieomylnego nauczania papieża, a został przerwany wskutek wojny francusko-pruskiej.
Ostatnim soborem był Sobór Watykański II — jedyny sobór odbyty w epoce elektronicznych mass mediów, które kształtowały jego obraz, nie zawsze prawdziwy. Ubolewał nad tym papież Ratzinger, Benedykt XVI. W moim głębokim przekonaniu nie był to ani najważniejszy z soborów, ani najmniej ważny. Był to po prostu jeden z soborów Kościoła, który miał swoje poważne powody.
Trochę jak Sobór Laterański V, nie zdołał zapobiec temu, czemu w zamierzeniu swoich twórców chciał zapobiec, a więc sekularyzacji społeczeństw Zachodu. (Można by nawet zaryzykować analogię, że tak jak kilka miesięcy po zakończeniu Laterańskiego V Luter ogłosił swoje tezy, tak kilkadziesiąt miesięcy po zakończeniu Watykańskiego II wybuchła rewolta 68 roku). Dlaczego tak się stało, to temat na ciekawą opowieść z zakresu socjologii religii. Dziś chciałbym jednak opowiedzieć o czym innym.
Sobór zmitologizowany
Sobór Watykański II został w dużej mierze zmitologizowany. Po części stało się tak przez media, o czym już wspominałem. Po części przez różne interpretacje, które z prawdziwym Soborem niewiele miały wspólnego, ale lotem błyskawicy rozpowszechniły się wśród duchowieństwa i wiernych. Z tego typu mitami chciałbym się właśnie rozprawić.
Słowo piękne i niebezpieczne
Deklaracja o wolności religijnej nosząca łaciński tytuł Dignitatis humanae zajmuje się pojęciem, które od stuleci nowoczesność wypisuje na swoich sztandarach. Chodzi oczywiście o słowo „wolność”.
Słowo piękne, wielkie, szlachetne. Słowo, za które ludzie szli do więzień, na wygnanie, a nieraz i na śmierć. Słowo, bez którego trudno mówić o godności człowieka. A jednak również słowo niebezpieczne, ponieważ im jest większe, tym łatwiej je podrabiać.
Fałszuje się nie tylko pieniądze. Fałszuje się także pojęcia. I tak jak czasem taki fałszywy banknot krąży w obiegu całymi dziesięcioleciami, aż wszyscy zaczynają płacić nim bez zastanowienia, tak jest właśnie z wolnością religijną.
Deklaracja Soboru Watykańskiego II Dignitatis humanae należy do tych dokumentów, które chętnie cytuje się po jednej linijce, wyrywając z kontekstu, po czym natychmiast buduje się z tej linijki całą ideologię. Jedni robią z niej manifest nowoczesnego liberalizmu religijnego, jakby Kościół nagle ogłosił, że wszystkie religie są równie dobre, wszystkie drogi prowadzą na tę samą górę, a Pan Bóg — jeśli wolno tak powiedzieć — zrezygnował z wymagań dogmatycznych, by nie psuć atmosfery dialogu.
Drudzy widzą w niej niemal kapitulację Kościoła przed światem współczesnym. Tymczasem sprawa jest subtelniejsza. A w sprawach subtelnych nie należy posługiwać się młotkiem, choć młotek ma tę zaletę, że daje człowiekowi przyjemne poczucie jasności.
Wolność od przymusu
Sobór mówi przede wszystkim o wolności od przymusu. O tym, że człowiek nie może być zmuszany przez państwo, władzę społeczną, wspólnotę czy kogokolwiek innego do aktu religijnego wbrew własnemu sumieniu.
Nie można nikogo siłą ochrzcić. Na wet gdyby pod przymusem polać czyjąś głowę wodą, wpisać nazwisko do księgi, wymusić zewnętrzny gest, kazać podpisać deklarację, to wiary w ten sposób się nie rodzi. Wiara, jeśli ma być wiarą, musi być wolnym aktem człowieka: rozumu i woli. Nie jest wynik administracyjnego nakazu.
To jest pierwsze znaczenie wolności i ono jest głęboko katolickie. Bóg nie stworzył człowieka jako automatu do wykonywania obrzędów. Bóg chce odpowiedzi wolnej. „Jeśli kto chce iść za Mną” — mówi Chrystus. Nie: jeśli zostanie doprowadzony przez żandarma, jeśli zostanie przyparty do muru, jeśli podpisze formularz w urzędzie, lecz jeśli chce.
Akt wiary ma sens dlatego, że człowiek odpowiada Bogu jako osoba. Przymus może stworzyć pozór religii, może stworzyć statystykę, społeczną dyscyplinę, ale nie stworzy wiary.
W tym sensie Dignitatis humanae broni rzeczy bardzo prostej: żadna władza ludzka nie ma prawa wejść w miejsce Boga i sumienia. Państwo nie jest właścicielem duszy obywatela. Nawet Kościół, który jest strażnikiem prawdy objawionej, nie naucza, że człowieka można przemocą zmusić do aktu wiary.
Można nauczać, napominać, przekonywać. Można i należy głosić Ewangelię „w porę i nie w porę”. Ale nie można uczynić z wiary efektu nacisku. To byłaby nie tyle wiara, ile tresura. A tresura, choć czasem bywa skuteczna wobec psów, nie jest metodą zbawiania ludzi.
Prawo do wyznawania wiary
Trzeba jednak dopowiedzieć rzecz drugą, dziś może nawet bardziej zapomnianą. Deklaracja soborowa nie broni jedynie człowieka przed przymuszaniem go do religii. Broni także człowieka religijnego przed przeszkadzaniem mu w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem. I to właśnie szczególnie w dziedzinie religijnej.
Praktykowanie religii nie jest bowiem tylko prywatnym poglądem zamkniętym w głowie ani uczuciem przechowywanym dyskretnie w szufladzie. Polega ono na aktach, przez które człowiek odnosi się do Boga: modli się, wyznaje wiarę, uczestniczy w kulcie, wychowuje dzieci, daje świadectwo, kształtuje swoje życie według przykazań. Takich aktów żadna władza czysto ludzka nie może ani nakazywać, ani zakazywać.
To ważne, bo nowoczesny świat chętnie rozumie wolność religijną jako prawo do niewiary, milczenia albo prywatnej duchowości uprawianej pod warunkiem, że nie przeszkadza ona urządzeniu społeczeństwa po świecku. Tymczasem Dignitatis humanae mówi również o prawie do wyznawania wiary. Także wiary katolickiej. Także publicznie.
Katolik nie korzysta z wolności religijnej dopiero wtedy, gdy siedzi cicho w domu i nikomu się ze swoją wiarą nie narzuca. Korzysta z niej również wtedy, gdy idzie w procesji, zakłada katolicką szkołę, prowadzi dzieło miłosierdzia, zabiera głos w debacie publicznej albo mówi, że prawo Boże nie kończy się na progu zakrystii.
Liberalny duch i wolność od prawdy
Jest jednak drugie znaczenie wolności, znacznie dziś popularniejsze. Nie mówi ono: „nikt nie może mnie zmusić do aktu religijnego”. Ono mówi coś innego: „mogę wybrać, co chcę, i nikt — nawet Bóg — nie ma prawa mnie z tego rozliczać”.
W tym sensie wolność przestaje być wolnością osoby stojącej wobec prawdy, a staje się suwerennością kaprysu. Religia zostaje wtedy sprowadzona do prywatnego upodobania. Jeden lubi gotyk, drugi beton architektoniczny. Jeden wybiera katolicyzm, drugi buddyzm, trzeci duchowość skrojoną z cytatów, kadzidełek i weekendowych warsztatów samorozwoju. Wszystko ma być równie dobre, byle było „moje”.
To właśnie jest liberalny duch w sprawach religijnych. Nie w znaczeniu roztropnego postulatu ograniczenia przemocy państwa, bo taki postulat może być słuszny. Chodzi o liberalizm głębszy, niemal metafizyczny: o przekonanie, że wolność polega na braku zobowiązania wobec prawdy.
Człowiek nowoczesny nie mówi już tylko: „nie zmuszajcie mnie”. Mówi coraz częściej: „nie sądźcie mnie”. A jeszcze głębiej: „niech sama rzeczywistość przestanie mnie sądzić”. Jakby prawda była nietaktem, dogmat przemocą, a Boże przykazanie naruszeniem komfortu psychicznego.
Taka wolność nie jest wolnością chrześcijańską. Jest jej karykaturą.
Sumienie nie jest źródłem prawdy
Chrześcijaństwo zna wolność, ale nie zna wolności od Boga. Zna wolność dzieci Bożych, ale nie zna wolności stworzenia, które ogłasza, że Stwórca nie ma już nic do powiedzenia. Zna wolność sumienia, ale nie zna sumienia jako prywatnego trybunału, który sam sobie ustanawia prawo, sam siebie uniewinnia i jeszcze sam sobie wręcza medal za odwagę moralną.
Sumienie w nauce katolickiej nie jest maszynką do produkowania usprawiedliwień. Jest miejscem, w którym człowiek rozpoznaje prawo Boże. Sumienie może się mylić, może być źle uformowane, może być nawet całkowicie zagłuszone. Ale nie staje się źródłem prawdy, którym jest przecież sam Bóg.
Dlatego deklaracja soborowa, jeśli czytać ją uważnie, nie mówi: wszystkie religie są sobie równe wobec Boga. Nie mówi: wybór religii jest moralnie obojętny. Nie mówi: człowiek nie ma obowiązku przyjąć prawdy, gdy ją rozpozna.
Przeciwnie, Sobór wyraźnie przypomina, że ludzie mają obowiązek szukać prawdy, zwłaszcza prawdy religijnej, a poznawszy ją, mają obowiązek przy niej trwać. To zdanie jest dla liberalnego ducha wyjątkowo niewygodne. Bo liberalny duch lubi wolność, ale nie lubi obowiązku. Lubi sumienie, ale nie lubi formowania sumienia. Lubi dialog, ale nie lubi momentu, w którym dialog prowadzi do wniosku: „to jest prawda, a tamto jest fałsz”.
Bez prawdy wolność więdnie
A przecież bez prawdy wolność więdnie. Staje się pustą możliwością wyboru między produktami na półce. Człowiek może wtedy zmieniać religie, światopoglądy, tożsamości i przekonania tak, jak zmienia abonament telefoniczny. Dziś to, jutro tamto, byle bez zobowiązań.
Tylko że religia nie jest usługą duchową. Religia jest odpowiedzią człowieka na Boga. A jeśli Bóg naprawdę przemówił, jeśli Chrystus naprawdę jest Synem Bożym, jeśli Kościół naprawdę przechowuje depozyt wiary, to wybór religijny nie jest estetyczną preferencją. Jest sprawą zbawienia.
Nie znaczy to oczywiście, że wolno nam z łatwością osądzać winę poszczególnych ludzi. Człowiek może błądzić z niewiedzy. Może wzrastać w środowisku, w którym prawda została mu pokazana krzywo albo wcale. Może mieć w pamięci rany zadane przez tych, którzy prawdę głosili niegodnie.
Pan Bóg zna drogi ludzkich sumień lepiej niż publicyści, kaznodzieje i komentatorzy razem wzięci. Ale z tego, że nie wolno nam łatwo potępiać człowieka, nie wynika, że wolno nam unieważnić prawdę. Miłosierdzie wobec błądzącego nie jest kanonizacją błędu.
Czego Sobór nie powiedział
I tu właśnie przebiega zasadnicza granica. Wolność religijna w sensie katolickim chroni osobę przed przymusem. Wolność religijna w sensie liberalnym chce często ochronić człowieka przed samą prawdą.
Pierwsza mówi: nie wolno zmuszać do wiary. Druga mówi: nie wolno twierdzić, że wiara prawdziwa zobowiązuje. Pierwsza broni godności osoby. Druga broni wygody człowieka, który nie chce być wezwany do nawrócenia.
A Ewangelia nie jest wygodna. Chrystus nie mówi: „wybierzcie sobie dowolną duchowość, byle była autentyczna”. Mówi: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. Nie mówi: „prawda was niepotrzebnie obciąży”. Mówi: „prawda was wyzwoli”. To zdanie jest jednym z najbardziej nieliberalnych zdań, jakie można sobie wyobrazić. Bo wynika z niego, że wolność nie poprzedza prawdy jako jej sędzia, lecz rodzi się z prawdy jako jej owoc.
Dlatego nie ma sprzeczności między obroną wolności religijnej a wyznaniem, że religia prawdziwa zobowiązuje w sumieniu. Przeciwnie, dopiero wtedy wolność religijna ma sens. Człowiek ma być wolny od przymusu właśnie po to, by mógł odpowiedzieć na prawdę jako człowiek, nie jako niewolnik.
Ale jeśli tę wolność oderwiemy od prawdy, zostanie nam już tylko wielki targ duchowych możliwości, nad którym unosi się hasło: „wszystko wolno”. A nad takim targiem św. Paweł dopisałby zapewne od razu dalszy ciąg: „ale nie wszystko przynosi korzyść”.
Wolność od przymusu — tak. Wolność od odpowiedzialności przed Bogiem — nie. To rozróżnienie może wydawać się drobne, ale od takich drobnych rozróżnień zależy czasem cała ortodoksja. Jak z guzikiem przy koszuli: mały, prawie niezauważalny, a gdy go zabraknie, wszystko zaczyna się rozchodzić.
I dlatego warto powiedzieć jasno: Sobór Watykański II nie ogłosił, że wszystkie religie są równie prawdziwe. Nie ogłosił, że wybór religii jest sprawą obojętną wobec Boga. Nie ogłosił, że sumienie zwalnia człowieka z obowiązku szukania prawdy. Powiedział coś znacznie skromniejszego, ale bardzo ważnego: wiary nie wolno wymuszać. I nie wolno przeszkadzać człowiekowi w jej wyznawaniu.
Cała reszta — ta opowieść o wolności bez prawdy, o sumieniu bez obowiązku i o religii bez konsekwencji — nie jest nauką Soboru. Jest jednym z tych zdań, których Sobór Watykański II nigdy nie powiedział.
Maksymilian Powęski