Suchy kran w Betlejem
Panorama Betelejem, fot. Michał Jędryka
Godzina 23.30. Hotel w Betlejem. Dzień długi jak pielgrzymka do Emaus, kurz Galilei jeszcze w butach, człowiek marzy tylko o prysznicu. Odkręcam kran — i nic. Cisza. Ani kropli. Rura nie sapie, nie jęczy, nie pluje powietrzem. Po prostu pustka.
Inne z kategorii
Galilea i lekcja krajobrazu
Polityczny inuityzm. O złudzeniach suwerenności i realnej polityce
W pierwszym odruchu pojawia się myśl nowoczesna i podejrzliwa: „No tak. Polityka”. Jesteśmy przecież na terenie Autonomii Palestyńskiej. Woda, Izrael, kontrola, naciski — człowiek, karmiony nagłówkami, szybko łączy kropki. Tyle że kran dalej milczy.
Recepcjonista wzrusza ramionami z miną człowieka, który przeżył to już sto razy: „Water will come back in the morning”.
I wtedy zaczęło się dociekanie.
Archipelag zamiast państwa
Zachodni Brzeg nie jest jednolitą przestrzenią administracyjną. Po porozumieniach z Oslo podzielono go na trzy obszary (Areas): A, B i C. W największym skrócie:
- w Area A administruje Autonomia Palestyńska;
- w Area B administracja jest palestyńska, a bezpieczeństwo współdzielone;
- w Area C kontrolę cywilną i bezpieczeństwo sprawuje Izrael.
Na mapie wygląda to jak archipelag. Palestyńskie miasta są wyspami, pomiędzy nimi rozciąga się obszar kontrolowany przez Izrael. Rurociągi, magistrale wodne, studnie — często przebiegają właśnie tam.
I tu zaczyna się historia wody.
Jak to działa naprawdę?
Główne zasoby wody to tzw. górskie warstwy wodonośne pod Zachodnim Brzegiem. Część wody pochodzi z nich, część z systemu krajowego Izraela obsługiwanego przez państwową spółkę Mekorot.
Mechanizm wygląda mniej więcej tak:
- woda jest pompowana i uzdatniana;
2. trafia do regionalnych zbiorników;
3. stamtąd sprzedawana jest do palestyńskich miast;
4. lokalny dystrybutor dzieli ją według harmonogramu.
I właśnie tu tkwi sedno: w wielu miastach woda jest podawana rotacyjnie. Kilka godzin płynie, potem zawory są zamykane, a woda kierowana do innej części miasta.
Nie wymienia się żadnych zbiorników. Nie jeżdżą cysterny zmieniające „puste na pełne”. To zwykła hydraulika — zawór, ciśnienie, grawitacja.
Dlatego na dachach domów stoją czarne lub białe plastikowe zbiorniki. Gdy woda płynie, zbiornik się napełnia. Gdy sieć milknie, dom korzysta z zapasu.
Jeśli hotel ma mały zbiornik albo duże obłożenie — o 23.30 może być już po wszystkim.
Czy to polityka?
Odpowiedź uczciwa brzmi: częściowo tak, ale nie w sposób prosty.
Izrael kontroluje większość zasobów i główną infrastrukturę w Area C. Rozbudowa sieci po stronie palestyńskiej wymaga zezwoleń. Ilości dostarczanej wody są limitowane umowami. To element struktury administracyjnej powstałej po Oslo.
Ale jest też drugi wymiar: klimat. To obszar półsuchy. Woda zawsze była tu dobrem strategicznym.
Wystarczy przypomnieć wojnę o Wzgórza Golan w 1967 roku. Golan to nie tylko strategiczne wzgórza artyleryjskie nad Galileą, lecz także kontrola nad dopływami Jordanu i systemem wodnym północnego Izraela. Woda była jednym z czynników tej wojny — obok bezpieczeństwa militarnego. Chodziło między innymi o możliwość przejęcia pełnej kontroli nad największym zbiornikiem słodkiej wody w regionie — jeziorem Genezaret.
Na Bliskim Wschodzie woda nie jest dodatkiem do polityki. Jest jej częścią.
A jednak…
Najbardziej uderzające w tej historii nie jest to, kto komu i ile dostarcza. Najbardziej uderzające jest coś innego.
My w Europie traktujemy wodę w kranie jak powietrze. Otwieramy — jest. Zimna, ciepła, pod odpowiednim ciśnieniem. Nocą, o świcie, w niedzielę, w święto.
Dopiero suchy kran w Betlejem uczy pokory.
Bo nagle okazuje się, że nasza cywilizacja — widziana od strony technicznej, nie kulturowej — to nie deklaracje, nie traktaty, nie konferencje prasowe. Cywilizacja to woda, która płynie wtedy, gdy jej potrzebujesz.
I może rzeczywiście najmniej doceniamy to, co najbardziej oczywiste. Nie tylko ciepłą wodę. Wodę w ogóle.
Michał Jędryka