Ziemia Święta: między kamieniem a tajemnicą
Golgota fot. Michał Jędryka
Trudno pisać o Ziemi Świętej nawet wtedy, gdy siedzi się w cieniu jej murów. Pielgrzym przyjeżdża tu z poczuciem, że wchodzi w przestrzeń opisaną już po wielokroć i przez najlepszych. Od Egerii, która w IV wieku notowała przebieg jerozolimskich liturgii, przez św. Hieronima mieszkającego w Betlejem, średniowiecznych pielgrzymów, jak Burchard z Góry Syjon, aż po Radziwiłła „Sierotkę”, Chateaubrianda, Flauberta czy Sienkiewicza – wszyscy oni zostawili świadectwa, które zdają się wyczerpywać temat. Wobec takiego dziedzictwa współczesny pielgrzym ma wrażenie, że może co najwyżej dopisać przypis.
Inne z kategorii
Trzeci autokar [FELIETON]
Suchy kran w Betlejem
A jednak pierwsze doświadczenie jest zaskakujące. Nie znajdziemy tu – wbrew wyobrażeniom karmionym przez psalmy i obrazy z katechizmu – krajobrazu szczególnie pięknego. Galilea nie jest Toskanią, Judea nie przypomina umbryjskich wzgórz. Architektura bywa chaotyczna, nierzadko tandetna, miasta rozrastają się bez ładu, a ślady wojen i politycznych podziałów są aż nazbyt widoczne. Jeżeli była to „ziemia opływająca w mleko i miód”, to dziś jej powierzchnia pokryta jest betonem, drutem kolczastym i warstwami administracji zmieniającej się przez stulecia.
A jednak miejsce to wywiera na katoliku wrażenie szczególne. Trzeba tylko uważać, by nie popaść w coś, co można by nazwać fetyszyzmem religijnym. Nie same kamienie są tu godne czci. Chrześcijaństwo nie jest religią relikwii geograficznych, lecz Wcielenia. Człowiek – istota cielesno-duchowa – potrzebuje jednak konkretu. Przestrzeń, droga, odległość między Nazaretem a Kafarnaum, stromizna Golgoty, chłód groty – wszystko to pozwala lepiej zrozumieć realność wydarzeń zbawczych. Pielgrzymowanie nie polega więc na dotykaniu świętych murów, lecz na przybliżeniu się do okoliczności historii zbawienia.
Ma ono zresztą także inne sensy. Jest szkołą wyrzeczenia, bo wymaga trudu drogi. Jest doświadczeniem Kościoła powszechnego, gdy w jednym miejscu modlą się ludzie wszystkich języków. Jest wreszcie lekcją historii: tu niemal każdy kamień nosi ślad kolejnych cywilizacji, które przychodziły i odchodziły.
W miejscach wydarzeń ewangelicznych stoją dziś najczęściej kościoły. Należą one jednak nie tylko do katolików. Funkcjonuje tu tzw. status quo – skomplikowany system podziału praw między różne wspólnoty chrześcijańskie. Ukształtował się on w czasach osmańskich, gdy w XVIII i XIX wieku sułtańskie dekrety zamroziły istniejący stan posiadania, aby zakończyć nieustanne spory między Grekami, Ormianami i łacinnikami. Każda świeca, każdy stopień schodów, każda godzina liturgii ma tu swojego właściciela. Wiele świątyń stoi przy tym na miejscu wcześniejszych kościołów zburzonych przez Persów w 614 roku, kalifa al-Hakima w XI wieku czy w czasie późniejszych wojen.
Znaczną część dzisiejszego krajobrazu sakralnego Ziemi Świętej ukształtował włoski architekt Antonio Barluzzi. Ten franciszkański tercjarz stworzył styl natychmiast rozpoznawalny: surowy, symboliczny, podporządkowany wydarzeniu, które dana świątynia upamiętnia. Kościół Agonii w Getsemani tonie w półmroku jak noc modlitwy Chrystusa, na Górze Tabor światło zalewa wnętrze bazyliki Przemienienia, a na Górze Błogosławieństw ośmiobok nawiązuje do ośmiu błogosławieństw. Barluzzi nie budował „ładnych kościołów”; budował teologię z kamienia.
Sercem pielgrzymki pozostaje jednak Bazylika Grobu Pańskiego. Jej historia jest streszczeniem dziejów chrześcijaństwa: wzniesiona z polecenia Konstantyna, zburzona przez Persów, odbudowana, zniszczona przez al-Hakima, ponownie wzniesiona przez krzyżowców, dzielona, naprawiana, łatana przez kolejne wspólnoty. Dziś znów trwa remont – konieczny, lecz uciążliwy, pełen hałasu młotów i rusztowań, które paradoksalnie przypominają, że to miejsce żyje.
Wewnątrz znajduje się kaplica Grobu – niewielka, ciasna, w której kamień namaszczenia i płyta grobowa są celem niekończącego się strumienia pielgrzymów. Kilka metrów dalej wznosi się Golgota, z widoczną skałą i otworem, w którym miał stać krzyż. Niżej znajduje się krypta św. Heleny, gdzie według starożytnej tradycji odnaleziono Drzewo Krzyża Świętego. Opowieść mówi o trzech znalezionych przez Helenę krzyżach i o cudownym uzdrowieniu, które pozwoliło rozpoznać ten właściwy – historia bardziej teologiczna niż archeologiczna, ale przez wieki kształtująca chrześcijańską wyobraźnię.
I może właśnie to jest najważniejsze doświadczenie Ziemi Świętej. Nie jej piękno – bo to bywa zawodne – lecz jej upór trwania. Warstwa na warstwie, ruina na ruinie, świątynia na świątyni. Miejsce, w którym historia zbawienia nie jest ideą, lecz przestrzenią, przez którą trzeba się przecisnąć między rusztowaniami, sporami o klucze i tłumem pielgrzymów. A jednak właśnie tam, w ciasnocie Grobu, łatwiej zrozumieć, że chrześcijaństwo nie zaczęło się od triumfu, lecz od pustego miejsca.
Michał Jędryka