Religia 18 lip 20:21 | Marta Kocoń
Szczęście bez rąk jest możliwe [ROZMOWA]

Przemek Wieczorek podczas występu w amfiteatrze przy ul. Mostowej, 19 czerwca 2020 roku/fot. Anna Kopeć

– Chcę dawać innym nadzieję. Kiedy uda się wykrzesać ją choćby w jednej osobie, to jestem bardzo szczęśliwy – mówi Przemek Wieczorek, pedagog, wykonawca chrześcijańskiego hip-hopu. Od 16 lat nie ma rąk.

Marta Kocoń: Jak doszło do tego, że stracił Pan ręce?

Przemysław Wieczorek: Dzisiaj mam 36 lat, ręce straciłem w wieku lat 20. Dnia wypadku nie pamiętam, ale jest duże prawdopodobieństwo, że chciałem popełnić samobójstwo. Pamiętam, co działo się krótko przed wypadkiem, co przeżywałem w umyśle i w sercu... Byłem osobą załamaną, wydawało mi się, że nie ma już dla mnie ratunku. Musiałbym szczegółowo opowiedzieć o tym, jak moja rodzina się rozbiła, jak wpadłem w złe towarzystwo: narkotyki, alkohol... Wychowałem się w rodzinie zastępczej, wychowywała mnie babcia. Była bardzo kochaną osobą, robiła, co mogła. Jednak miałem niskie poczucie własnej wartości. Wiem też, że w mojej rodzinie zdarzały się choroby psychiczne, miałem więc obciążenie genetyczne.

W którymś momencie bardzo się w tym wszystkim pogubiłem, moja psychika „nie wytrzymała”. Nie czułem sensu życia, nie wiedziałem, po co żyję. Jak powiedziałem, dnia wypadku nie pamiętam, ale wcześniej myślałem o tym, żeby ze sobą skończyć, właśnie pod pociągiem.

Tak doszło do tego, że straciłem ręce: pociąg urwał mi całą lewą rękę, prawą miałem zmiażdżoną. Trafiłem do szpitala, lekarze powoli mnie z tego „wyciągali”, dochodziłem do siebie… Trzy–cztery miesiące trwała fizyczna rehabilitacja, żeby zacząć na nowo funkcjonować. Jeździłem po szpitalach, później również psychiatrycznych. Po wypadku chodziłem też do lekarza psychiatry, leczyłem się farmakologicznie.

Miał Pan w tym czasie wsparcie bliskich?

Moja babcia była przy mnie, bardzo pomagła fizycznie, starała się też pomagać emocjonalnie, na tyle, na ile umiała. Po wypadku wspierali mnie również mój tata i siostra. Dawali z siebie, ile mogli, jestem im bardzo wdzięczny za to. Jednak ciągle czegoś brakowało. Nie mogłem się podnieść, mimo ich pomocy, czułem się załamany. Mimo że miałem pewne wsparcie, moja psychika nie potrafiła reagować na to pozytywnie. Wszystkie te osoby bardzo przeżyły ten wypadek: i mój tata, i babcia, i siostra. Widziałem, jak cierpieli i to mnie dobijało – że z mojego powodu tak się czują.

Kiedy nastąpił przełom?

Nie wiem, ile to było po wypadku… Wydawało mi się, że nigdy więcej nie będę szczęśliwy, że nie wyjdę normalnie z domu, by spotkać się ze znajomymi. Czułem się bardzo, bardzo źle. Straciłem wtedy nadzieję, że coś się zmieni. Czułem się źle przed wypadkiem, a po wypadku – tak samo, tylko że „doszło” jeszcze poczucie winy. Byłem obciążony żalem do samego siebie.

Wiedziałem, że Bóg jest, bo babcia prowadziła mnie do kościoła, ale wydawało mi się, że On bardzo gniewa się o ten wypadek, że jestem potępiony, przegrany, że zawiodłem wszystkich dookoła, a najbardziej Boga. Pewnego dnia, leżąc w łóżku sam w pokoju, zacząłem się modlić, zawołałem do Boga: Boże, proszę Cię, przyjdź do mojego życia, i zrób cokolwiek, bo ja sam nie dam rady, wszystkie moje możliwości już się wyczerpały, zostałeś tylko Ty. Przepraszam Cię, jeśli się na mnie gniewasz, ale jeśli dasz mi jeszcze jedną szansę, to wierzę, że będzie okej. Zrób cokolwiek, bo ja „wymiękam” psychicznie. Jeśli jest jakakolwiek szansa, to proszę Cię, pomóż, bo ja nie dam rady.

Nie „zobaczyłem” wtedy Boga, ale po raz piewszy po wypadku szczerze popłakałem. Coś stało się w moim sercu, to był przełom. Powoli, stopniowo, zaczynałem nawiązywać realcję z Bogiem. Bóg zaczął mnie z tego stanu wyprowadzać, z pomocą też mojej babci taty, siostry, lekarzy, w tym psychiatry. Z czasem, po konsultacjach z lekarzem, zrezygnowaliśmy z leków. Powoli wzrastałem w Bogu, w przekonaniu, że Bóg jest dobry. Wierzę, że Bóg chciał dobrze dla mnie: przed wypadkiem, po wypadku. To nie on „sprawił” ten wypadek, doprowadziły do niego moje decyzje. Bóg pomógł mi wyjść z kryzysu.

Poszedłem na studia pedagogiczne, zacząłem uprawiać sport. Przez pięć lat trenowałem parataekwondo, byłem w reprezentacji Polski, zdobywałem medale na mistrzostwach Europy i świata. Dzięki temu byłem na zawodach w Szwajcarii, Rosji, Rumunii, Turcji, Mołdawii, na Fidżi, w Wielkiej Brytanii, dodatkowo zwiedziłem Australię, Nową Zelandię, Dubaj, byłem na obozie taekwondo w Korei Południowej. Zobaczyłem, że mimo wypadku mogę dobrze żyć, realizować swoje pasje. To był bardzo fajny czas, również sposób rehabilitacji.

Dziś pracuję z młodzieżą. Jeżdżę po Polsce, opowiadam o sobie w szkołach, kościołach, więzieniach, domach dziecka, i bardzo się z tego cieszę. W pewnym momencie po wypadku zacząłem rapować, nagrałem pierwszą płytę „Drugi Syn Marnotrawny”.

Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, mam rodzinę, mam żonę. Teraz widzę, że szczęście nie zależy od okoliczności, ale od naszego podejścia do życia, od tego, jakie mamy wartości, cele, fundament, od tego, co nas motywuje.

Jak wyglądają Pana spotkania z młodymi ludźmi? Co im Pan mówi?

Najczęściej opowiadam historię swojego życia: że miałem problem z narkotykami, z alkoholem, z innymi niefajnymi rzeczami, ale po tym, jak poznałem Boga, zacząłem realizować swoje pasje. Mówię też młodzieży, że każdy z nas jest cenny i wartościowy, że każdy ma swoje zdolności, talenty, i żeby na to postawić. Nie patrzeć na to, czego nam brakuje, ale na to, co jest dobre. Zachęcam do zdrowego trybu życia, uprawiania sportu lub znajdywania innych pasji, do tego, żeby kariery, pieniędzy, nigdy nie przedkładać nad relacje z innymi ludźmi. Mówię im także, by starali się nie porównywać z innymi.

Często na takich spotkaniach rapuję, pokazuję parę kopnięć. Staram się specjalnie nie pouczać, nie wchodzić w rolę mentora, tylko dzielić się tym, co wiem z własnego doświadczenia: co pomaga, by wybierali to, co jest dobre, a nie to, co będzie niszczyło ich życie.

Jaki jest odzew od dzieciaków?

Najczęściej pozytywny. Zależy od wieku, ale często podchodzą po spotkaniu, chcą robić zdjęcia. Podoba im się freestyle, kiedy „nawijam” z głowy. Zdarzają się szkoły, w których mniej ten odbiór widać, chociaż wiem, że słuchacze przeżywają, nawet, jeśli tego nie okazują. Staram się im przekazać, że mogą żyć dobrze, mimo że nie są idealni, że mogą być szczęśliwi.

Na podstawie rozmów z młodymi ludźmi: jak Pan myśli, co jest teraz dla nich największym problemem?

Brak poczucia własnej wartości, tożsamości, sensu życia...Kiedy tego brakuje, młody człowiek zaczyna wchodzić w rzeczy, które nie są dla niego. Potrzebna jest świadomość tego, że jesteśmy akceptowani, wartościowi, kochani tacy, jacy jesteśmy, nie dlatego, że coś osiągnęliśmy. Myślimy, że jeżeli coś złego zrobiliśmy, to jesteśmy przekreśleni – nie. Wartość jest zagwarantowana w Jezusie, niezależnie od tego, co zrobiłeś albo czego nie zrobiłeś. Jesteś wartościowy, masz zdolności, które możesz rozwijać.

Problemem jest między innymi to, co dzieciaki znajdują w „internetach”, co stamtąd czerpią. Rodzice nie są w stanie tego upilnować. Młodzi ludzie – nie mówię, że zawsze – oceniają się po wyglądzie, po rzeczach materialnych, lokują poczucie wartości w dobrych ciuchach...

Są też problemy rodzinne, rozbite rodziny… Jedno dziecko poradzi sobie z czymś lepiej, inne gorzej. Chcę dawać im nadzieję. Jeżeli uda się wykrzesać ją choćby w jednej osobie, to jestem bardzo szczęśliwy. (...)

Przemek Wieczorek 19 czerwca wystąpił w amfiteatrze przy ul. Mostowej, na zaproszenie Fundacji Syloe, chrześcijańskiej organizacji ponaddenominacyjnej, działającej społecznie i charytatywnie. W maju fundacja utworzyła punkt konsultacyjny na Kapuściskach (ul. Chemiczna 3), gdzie bezpłatnie można otrzymać pomoc w problemie uzależnień oraz pomoc psychologiczną.

Marta Kocoń

Marta Kocoń Autor

Sekretarz Redakcji