[NIEDZIELA Z TYGODNIKIEM] Czego Sobór Watykański II nigdy nie powiedział. Biblia czy Tradycja?
Pytanie brzmi może prowokacyjnie, ale wcale nie jest wzięte z sufitu. Od kilkudziesięciu lat można spotkać się z opinią, że po Soborze katolicy nagle odkryli Biblię, zaczęli ją czytać po swojemu, a Tradycję — tę wielką Tradycję Kościoła — odstawili na boczny tor. Jakby Kościół katolicki po Vaticanum II powiedział: odtąd liczy się Pismo Święte, a cała reszta jest mniej ważna.
Inne z kategorii
Rodzina po chrześcijańsku. UMK zaprasza na wyjątkową konferencję
To jest kolejny mit, któremu warto się przyjrzeć. A skoro chcemy obalać mity dotyczące Soboru, trzeba wracać nie do haseł, nie do „ducha Soboru”, lecz do samych tekstów: konstytucji, dekretów i deklaracji. To one są realnymi wypowiedziami Urzędu Nauczycielskiego naszego świętego Kościoła, a nie tylko drogowskazami sugerującymi, w którą stronę prowadzić dalsze zmiany.
Zacznijmy od tego, że Sobór rzeczywiście bardzo mocno przypomniał katolikom Pismo Święte. I dobrze, że to zrobił. Przecież Biblia nie jest własnością protestantów. Nie jest księgą obcą katolikowi. Pismo Święte jest rzeczywiście słowem Bożym powierzonym Kościołowi.
Ale Sobór nie powiedział, że Pismo Święte należy oddzielić od Tradycji. Nie powiedział, że każdy wierzący ma odtąd sam sobie być papieżem, soborem i kongregacją doktryny wiary w jednej osobie. Nie powiedział, że Kościół katolicki przyjmuje protestancką zasadę sola scriptura: samo Pismo, sama Biblia i nic poza Biblią.
Sobór powiedział coś innego. Oczywiście coś subtelniejszego.
Co było pierwsze?
Zacznijmy od rzeczy najprostszej. W pierwszym pokoleniu uczniów Jezusa nie było przecież spisanego Nowego Testamentu.
Był Chrystus. Byli Apostołowie. Było ich przepowiadanie. Był chrzest. Była Eucharystia. Była modlitwa. Była wspólnota. Była pamięć słów i czynów Pana. Były Pisma Izraela, które pierwsi chrześcijanie czytali już w świetle Chrystusa. Ale nie było jeszcze gotowej księgi, którą dziś nazywamy Nowym Testamentem.
Co więcej — Chrystus nie zostawił Apostołom polecenia: „spiszcie księgę”. Polecił im głosić, chrzcić i nauczać wszystkie narody.
Nikt w Wieczerniku nie rozdawał Apostołom egzemplarzy Ewangelii według św. Mateusza z komentarzem w przypisach. Nikt po Zesłaniu Ducha Świętego nie mówił: proszę państwa, teraz otwieramy Dzieje Apostolskie na rozdziale drugim i sprawdzamy, co mamy robić. Dzieje Apostolskie dopiero miały zostać napisane.
Najpierw był Kościół żywy. Kościół głoszący. Kościół modlący się. Kościół sprawujący sakramenty. Kościół, który otrzymał wiarę od Apostołów i przekazywał ją dalej.
Nowy Testament nie spadł z nieba w gotowej oprawie. Powstał w Kościele. Wyrósł z apostolskiego przepowiadania, z pamięci świadków, z potrzeb wspólnot, z życia liturgicznego i misyjnego pierwszych chrześcijan. To Kościół już wierzący, już ochrzczony, już karmiony Eucharystią, rozpoznał w tych pismach natchnione słowo Boże.
To jest fakt podstawowy: zanim był spisany Nowy Testament, była Tradycja apostolska. Ona była pierwsza.
Ale trzeba od razu dodać rzecz równie ważną. Nie znaczy to, że Pismo jest czymś drugorzędnym, dodatkiem, ozdobą albo pamiątką po dawnych czasach. Nie. Pismo Święte jest natchnionym i normatywnym świadectwem Objawienia. Jest słowem Bożym utrwalonym na piśmie. Ale historycznie powstało wewnątrz żywej Tradycji Kościoła, a nie poza nią i nie przeciw niej.
Izrael też nie był religią samego tekstu
Podobny mechanizm widzimy już wcześniej, w historii Izraela. Także tutaj księga nie pojawia się w próżni. Zanim tradycje Izraela zostały ostatecznie spisane i uporządkowane, żyły w rodzinie, kulcie, świątyni, prawie, modlitwie i pamięci narodu. Izrael wiedział, kim jest, zanim wszystko zostało zebrane w takim kształcie, w jakim później znamy Biblię hebrajską.
Najpierw była wiara ludu, przymierze, kult, pamięć wyjścia z Egiptu, obietnice dane patriarchom, prawo, prorocy. Pismo utrwalało tę pamięć, porządkowało ją i nadawało jej normatywną postać, ale nie było początkiem działania Boga w historii.
To ważne, bo człowiek wychowany przez druk, podręcznik, dokument PDF, Kindle’a i wyszukiwarkę internetową ma pokusę, by myśleć, że najpierw musi być tekst, a dopiero potem wspólnota. W religii biblijnej jest inaczej. Bóg najpierw wchodzi w historię. Powołuje Abrahama. Wyprowadza Izraela z Egiptu. Przemawia przez proroków. W Chrystusie staje się człowiekiem. Gromadzi uczniów. Posyła Apostołów.
Pismo jest świętym zapisem tej historii, ale nie jest jej początkiem.
Skąd wzięło się „sama Biblia”?
Dopiero na tym tle można zrozumieć dramat Reformacji.
Protestanci nie wzięli się z powietrza. To nie było tak, że pewnego ranka postanowili: zróbmy zamieszanie, bo dawno nic się w Europie nie paliło.
Reformacja była reakcją na realny kryzys późnośredniowiecznego Kościoła. Tam były nadużycia. Problem sprzedawania odpustów nie został wymyślony. Był kryzys autorytetu. Były obyczaje duchowieństwa, które nieraz wołały o pomstę do nieba, a przynajmniej o solidną wizytację kanoniczną.
Trudno więc się dziwić, że chwytliwe były hasła powrotu do Ewangelii. Chciano oczyścić chrześcijaństwo z tego, co uważano za ludzkie dodatki, późniejsze naleciałości, praktyki bez podstawy w Piśmie. Hasło sola scriptura, czyli „sama Biblia”, miało być lekarstwem na chorobę Kościoła.
Problem w tym, że lekarstwo okazało się zbyt mocne. Za wielkie były jego działania uboczne, mówiąc obrazowo. Zaczęło ono niszczyć nie tylko nadużycia, ale także samą strukturę katolickiego rozumienia Objawienia.
Jeżeli bowiem mówi się: tylko Pismo, żadna Tradycja, żaden Urząd Nauczycielski nie ma ostatecznego prawa interpretacji, to natychmiast pojawia się pytanie: kto właściwie rozstrzyga, co Pismo znaczy?
Odpowiedź brzmi zwykle: samo Pismo. Piękna odpowiedź, tylko ma jeden problem: Pismo samo nie chodzi po pokoju i nie tłumaczy sporów. Zawsze czyta je ktoś. Człowiek. Wspólnota. Kaznodzieja. Teolog. Synod. Denominacja. A jeśli każdy może czytać ostatecznie po swojemu, to bardzo szybko okazuje się, że zamiast jednego autorytetu Kościoła mamy tysiące małych autorytetów prywatnych.
Tak rodzi się paradoks. Hasło „sama Biblia” miało dać pewność. A bardzo często właśnie tę pewność zabierało.
Nie chodzi o to, by kpić z protestantów, z ich miłości do Pisma Świętego, gorliwości w jego czytaniu, znajomości Biblii, przywiązania do słowa Bożego. To nie byłoby katolickie. Trzeba to uczciwie powiedzieć.
Ale z katolickiego punktu widzenia błąd polegał na przeciwstawieniu sobie Pisma i Tradycji. Jakby Bóg dał Kościołowi księgę, a nie żywy depozyt wiary. Jakby Chrystus powiedział Apostołom: idźcie i rozdawajcie tekst. Tymczasem powiedział: idźcie i nauczajcie wszystkie narody.
Trydent odpowiada Reformacji
Katolicka odpowiedź przyszła na Soborze Trydenckim, który musiał odpowiedzieć na pytanie: gdzie znajduje się Objawienie? Czy tylko w Piśmie? Czy także w Tradycji? Czy Kościół ma prawo nauczać w imieniu Chrystusa? Czy jest tylko późniejszą instytucją, która powinna podporządkować się prywatnej lekturze Biblii?
Sobór Trydencki odpowiedział jak Salomon: Ewangelia została przekazana w księgach pisanych i w tradycjach niepisanych, pochodzących od Apostołów i zachowanych w Kościele.
To była odpowiedź konieczna. Kościół nie mógł przyjąć zasady „sama Biblia”, ponieważ byłaby ona sprzeczna z samą historią chrześcijaństwa. Gdyby obowiązywała od początku, chrześcijanie pierwszych dziesięcioleci mieliby kłopot: nie mieli jeszcze Nowego Testamentu. Mieli natomiast Apostołów, ich nauczanie, liturgię, sakramenty i wspólnotę Kościoła.
Trydent przypomniał więc, że katolicyzm nie jest religią prywatnej lektury. Jest religią Objawienia przekazanego Kościołowi. Pismo Święte jest w nim absolutnie centralne, ale nie samotne.
Co zrobiło Dei verbum?
I tu dochodzimy do Soboru Watykańskiego II oraz konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei verbum.
Czy Sobór Watykański II odrzucił Tradycję? Nie.
Czy przyjął protestanckie „sama Biblia”? Nie.
Czy powiedział, że teraz każdy katolik ma czytać Biblię bez Kościoła, bez Tradycji, bez Magisterium? Także nie.
Dei verbum zrobiło coś innego. Pogłębiło sposób mówienia o Objawieniu. Nie zaczyna od technicznego pytania, czy mamy jedno źródło, dwa źródła, jeden kanał, dwa kanały, rzekę, dopływ i śluzę. Zaczyna od Boga, który objawia samego siebie.
To bardzo ważne. Źródłem Objawienia nie jest ani książka sama w sobie, ani tradycja rozumiana jako zbiór zwyczajów. Źródłem Objawienia jest Bóg. To Bóg przemawia. To Bóg odsłania człowiekowi siebie i swój plan zbawienia. To Bóg daje swoje słowo, które najpełniej objawia się w Jezusie Chrystusie.
Pismo i Tradycja nie są więc dwoma konkurencyjnymi źródłami, jak dwie gazety podające różne wersje wydarzeń. Są sposobami przekazu jednego Objawienia. Wypływają z tego samego Boskiego źródła, łączą się ze sobą i zmierzają do tego samego celu. To jest katolickie serce Dei verbum.
Pismo Święte jest słowem Bożym utrwalonym pod natchnieniem Ducha Świętego. Tradycja Święta przekazuje słowo Boże powierzone Apostołom i zachowane w Kościele. Razem tworzą jeden święty depozyt słowa Bożego.
I jeszcze jedno: ten depozyt został powierzony Kościołowi. Nie pojedynczemu genialnemu interpretatorowi. Nie każdemu z osobna, jakby chrześcijaństwo było konkursem indywidualnej lektury. Kościołowi. A autentyczne wyjaśnianie słowa Bożego zostało powierzone żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła.
Ale tutaj też trzeba bardzo uważać. Magisterium nie stoi ponad słowem Bożym. Nie jest właścicielem Objawienia. Nie może sobie dopisać nowej Ewangelii, jak uchwały do statutu. Urząd Nauczycielski służy słowu Bożemu. Słucha go, strzeże, wyjaśnia i wiernie przekazuje.
Święty Paweł pisał o tym bardzo mocno w Liście do Galatów: „Gdybyśmy nawet my albo anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy — niech będzie przeklęty”.
To również mówi Sobór.
Biblia wróciła do katolików
Trzeba też uczciwie przyznać, że po Soborze nastąpiło coś bardzo ważnego: Biblia mocniej wróciła do życia katolików. I dobrze.
Choć faktem jest, że czytanie Pisma Świętego bez przygotowania może czasem przynieść wierze więcej szkody niż pożytku, to mimo to trzeba powiedzieć jasno: katolicy potrzebowali powrotu do Pisma Świętego. Potrzebowali je czytać. Potrzebowali słuchać go uważniej. Potrzebowali zobaczyć, że Biblia jest katolickim domem słowa Bożego, nie cudzym mieszkaniem, do którego zaglądamy przez okno.
W tym sensie Dei verbum było wielkim przypomnieniem.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy powrót do Biblii zostaje zrozumiany jako wyjście z Tradycji. Jakby czytanie Pisma miało polegać na odłożeniu na bok Ojców Kościoła, liturgii, dogmatów, świętych, katechizmu i całego żywego doświadczenia Kościoła. Jakby każdy miał usiąść sam na sam z tekstem i wymyślić chrześcijaństwo od początku.
To już nie jest katolicki powrót do Pisma. To jest właśnie protestantyzująca pokusa.
Czy zarzut protestantyzacji jest całkiem fałszywy?
Czy więc zarzut protestantyzacji katolickiej biblistyki jest całkowicie bez podstaw? Nie powiedziałbym tego.
Nie dlatego, że Sobór przyjął zasadę sola scriptura. Nie przyjął. Nie dlatego, że Dei verbum odrzuciło Tradycję. Nie odrzuciło. Ale dlatego, że w niektórych nurtach posoborowej teologii i biblistyki pojawiła się pokusa czytania Pisma tak, jakby Tradycja była jedynie późniejszą warstwą interpretacji, czymś podejrzanym, czymś, co trzeba zdjąć z tekstu, aby dotrzeć do rzekomo czystego, pierwotnego sensu.
Pierwszy przykład to proste hasło: „Biblia przeciw Tradycji”. Słuszne soborowe wezwanie do częstszego czytania Pisma bywało rozumiane tak, jakby katolik miał odtąd sam sprawdzać Kościół Biblią, niemal jak prywatny reformator z wydaniem kieszonkowym. Tymczasem Dei verbum mówi dokładnie odwrotnie: Pismo i Tradycja nie są wrogami, lecz wypływają z jednego Boskiego źródła i tworzą jeden depozyt słowa Bożego powierzony Kościołowi.
Drugi przykład to metoda historyczno-krytyczna. Sama w sobie może być pożyteczna. Pomaga rozumieć język, gatunek literacki, kontekst, historię redakcji. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzie staje się trybunałem nad wiarą. Biblista może pomóc zrozumieć, jak tekst powstał. Nie może jednak stanąć ponad Kościołem i powiedzieć: przez dwa tysiące lat źle to czytaliście, dopiero my, uzbrojeni w aparat krytyczny, wiemy, o co naprawdę chodziło.
Trzeci przykład to rozdzielanie „Jezusa historii” i „Chrystusa wiary”. W wersji skrajnej wygląda to tak, jakby Kościół przez wieki wierzył w Chrystusa dogmatu, natomiast nowoczesny egzegeta miał dopiero odkryć prawdziwego Jezusa ukrytego pod warstwami późniejszej tradycji. To już nie jest katolicka lektura Pisma w Tradycji, lecz podejrzliwość wobec Tradycji jako takiej.
W szerszym klimacie posoborowym podobne napięcia było widać choćby w sprawie katechizmu holenderskiego czy w sporach wokół niektórych znanych biblistów, takich jak ks. Raymond E. Brown. Nie chodzi jednak o wydawanie tu personalnych wyroków. Chodzi o mechanizm: jak korzystać z nowoczesnych narzędzi badania Pisma, nie tracąc katolickiej hermeneutyki wiary.
Bo jeśli Pismo zaczyna się czytać nie w Kościele, lecz w laboratorium, staje się zabytkiem religijnym, dokumentem starożytnej kultury, tekstem, który można rozłożyć na części, opisać i skatalogować, ale przed którym nie trzeba już stanąć jako przed słowem Boga żywego.
Wtedy rzeczywiście katolicka biblistyka może upodobnić się do świata protestanckiego albo szerzej: do świata liberalnej akademii. Tradycja staje się podejrzana. Dogmat staje się późniejszym dodatkiem. Liturgia staje się kontekstem wtórnym. A Kościół, który przez wieki czytał te księgi, zaczyna wyglądać jak ktoś, kto przeszkadza egzegecie w pracy.
To nie jest duch Dei verbum.
To jest raczej jedna z tych posoborowych interpretacji, które z tekstem Soboru mają tyle wspólnego, ile z obiadem ma zapach z klatki schodowej. Coś się unosi, ale lepiej sprawdzić, skąd naprawdę pochodzi.
Katolicka odpowiedź
Katolicka odpowiedź jest inna.
Pismo Święte trzeba czytać. Trzeba je znać. Trzeba nim oddychać. Kaznodzieja, który nie żyje Biblią, będzie prędzej czy później mówił własnymi skojarzeniami. Katecheta, który nie zna Pisma, będzie uczył religijnej publicystyki. Katolik, który nie zna Ewangelii, będzie bezbronny wobec każdego, kto zacytuje mu dwa wersety wyrwane z kontekstu.
Ale Pismo trzeba czytać w Kościele.
To znaczy: w tej samej wierze, w której powstało. W jedności ze świętą Tradycją. W świetle całego Objawienia. W zgodzie z analogią wiary. Z pomocą Ojców Kościoła, liturgii, dogmatów, świętych i Urzędu Nauczycielskiego. Nie po to, by tekst skrępować, lecz po to, by go nie sfałszować.
Bo Pismo bez Kościoła łatwo staje się lustrem, w którym człowiek widzi przede wszystkim samego siebie. Swoje poglądy. Swoje lęki. Swoje sympatie polityczne. Swoje marzenia o Jezusie, który zawsze zgadza się z autorem komentarza.
Tradycja nie jest konkurencją dla Pisma. Jest pamięcią Kościoła. Jest żywym przekazem tego, co Apostołowie otrzymali od Chrystusa i przekazali dalej. Nie jest muzeum staroci. Nie jest składem pobożnych zwyczajów. Nie jest workiem, do którego wrzuca się wszystko, co stare. Tradycja przez wielkie „T” jest życiem wiary przekazywanym w Kościele od Apostołów.
Dlatego przeciwstawienie: albo Biblia, albo Tradycja — jest fałszywe.
To tak, jakby pytać: co jest ważniejsze w człowieku, serce czy krew? Można odpowiedzieć, można nawet urządzić debatę, ale rozsądny lekarz poprosi, żeby przestać, zanim pacjent umrze z powodu źle postawionego problemu.
Czego Sobór nie powiedział
Sobór nie odrzucił Tradycji. Nie przyjął zasady „sama Biblia”. Nie powiedział, że każdy może interpretować Pismo po swojemu. Nie uznał, że Kościół ma odtąd słuchać prywatnych egzegetów zamiast strzec depozytu wiary.
Sobór przypomniał katolikom, że Biblia jest ich księgą. Ale jest księgą Kościoła.
Przypomniał, że Pismo Święte trzeba kochać, czytać, głosić i rozważać. Ale nie wyrwał go z Tradycji. Przeciwnie: pokazał, że Pismo i Tradycja wypływają z jednego Boskiego źródła, zmierzają do jednego celu i razem tworzą jeden święty depozyt słowa Bożego powierzony Kościołowi.
Jeśli ktoś po Soborze używał Biblii przeciw Tradycji, to nie dlatego, że tak nauczał Sobór. Jeśli ktoś robił z katolickiej biblistyki protestancki albo liberalny eksperyment, to nie dlatego, że nakazało to Dei verbum. Jeśli ktoś uznał, że odtąd każdy katolik ma sam sobie zbudować wiarę z wybranych cytatów, to nie czytał Soboru, tylko mit o Soborze.
A mit, jak wiadomo, ma tę przewagę nad dokumentem, że nie trzeba go czytać. Wystarczy go powtarzać.
Tyle że ten cykl jest właśnie po to, by do dokumentów wrócić.
I dlatego powiedzmy jasno: Sobór Watykański II nie zrobił z katolików protestantów. Nie odrzucił Tradycji. Nie postawił Biblii przeciw Kościołowi. Przypomniał natomiast, że Kościół żyje słowem Bożym — przekazanym w Piśmie i Tradycji, strzeżonym przez Magisterium i głoszonym aż do końca czasów.
Cała reszta — ta opowieść o Biblii bez Tradycji, słowie Bożym bez Kościoła i wierze składanej samodzielnie z cytatów — jest jednym z tych zdań, których Sobór Watykański II nigdy nie powiedział.
Maksymilian Powęski