Religia Dzisiaj 09:57 | Redaktor
[NIEDZIELA Z TYGODNIKIEM] Étienne Gilson pośród posoborowych ruin. Sobór nie kazał budować Kościoła od początku

fot. Lothar Wolleh, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=19747442

Dwa lata po zakończeniu Soboru Watykańskiego II Étienne Gilson pisał, że spaceruje pośród ruin. Nie oskarżał jednak Soboru o zniszczenie Kościoła. Ostrzegał przed ludźmi, którzy w imię jego „ducha” uznali, że wszystko, co odziedziczone, można potraktować jak materiał z rozbiórki.

Wyobraźmy sobie starszego człowieka, wybitnego katolickiego filozofa, który przychodzi na Mszę świętą. Kościół jest katolicki, ołtarz jest katolicki, kapłan jest katolicki – a jednak człowiek ten nie bardzo wie, jak powinien się zachować.

Studenci otaczają ołtarz. Wykonują nieznane mu gesty i przekazują sobie znak pokoju według miejscowego zwyczaju. Wszystko dzieje się zapewne w dobrej wierze. A jednak ktoś, kto przez całe życie należał do Kościoła, nagle czuje się w nim trochę jak obcy.

Tym człowiekiem był Étienne Gilson, jeden z najwybitniejszych katolickich filozofów XX wieku. Swoje doświadczenia opisał w 1967 roku, zaledwie dwa lata po zakończeniu Soboru Watykańskiego II, w eseju „Divagations parmi les ruines” – „Dywagacje pośród ruin”. Tekst ukazał się w książce „Les Tribulations de Sophie”.

Nie był przeciwnikiem Soboru

To rozróżnienie jest najważniejsze: Gilson nie był wrogiem Vaticanum II. Nie uważał też, że w Kościele niczego nie należy zmieniać. Zwołanie Soboru nazywał aktem wielkiej, niemal nadprzyrodzonej odwagi. Z uznaniem pisał o Janie XXIII i Pawle VI.

Patrząc jednak na pierwsze lata po Soborze, miał poczucie, że rozpoczęto przebudowę znacznie większą, niż wynikało to z soborowych dokumentów. Reformy podejmowane w imię dostosowania Kościoła do współczesnego świata zaczęły dotykać niemal wszystkiego: liturgii, kapłaństwa, życia zakonnego, teologii i katolickiego szkolnictwa.

Niepokoiła go przy tym nie sama zmiana, lecz brak jasnej odpowiedzi na pytanie, dokąd ta zmiana prowadzi.

Kiedy katolik nie wie, jak zachować się na Mszy

Gilson zaczyna od liturgii, bo właśnie w niej zwykły wierny najszybciej odczuwa wszelkie przemiany. Nie musi czytać traktatów teologicznych ani śledzić sporów profesorów. Wystarczy, że w niedzielę wejdzie do kościoła i zobaczy, że słowa, gesty oraz zwyczaje znane mu od dzieciństwa nagle zniknęły albo zostały zastąpione innymi.

Filozof opowiada również o księdzu z kraju anglojęzycznego, który chciał odprawić Mszę we francuskiej parafii. Francuski proboszcz nie znał angielskiego, a gość nie znał francuskiego. Jedynym językiem, w którym mogli wspólnie sprawować liturgię, pozostawała łacina.

Miała ona tę zaletę, że nie należała wyłącznie do Francuzów, Anglików, Niemców czy Polaków. Należała do całego Kościoła. Katolik mógł wejść do świątyni w innym kraju i – nawet jeśli nie rozumiał kazania – wiedział, gdzie jest i co właśnie się dokonuje.

Gilsonowi nie chodziło jednak wyłącznie o łacinę. Jego pytanie było znacznie poważniejsze: czy wraz ze zmianą słów i gestów nie zaczęło się zmieniać także rozumienie rzeczywistości, którą miały one wyrażać?

Jeżeli jakiś znak przez wieki podkreślał świętość, ofiarę albo adorację, a potem został usunięty bez jasnego wyjaśnienia, wierni mogli zacząć się zastanawiać, czy zmieniono tylko znak, czy również prawdę, która za nim stała.

Czy kapłan ma być tylko „jednym z nas”?

Podobne zjawisko Gilson dostrzegał w odniesieniu do kapłaństwa i życia zakonnego. Sutanna, celibat czy klasztorna klauzura nie były dla niego jedynie dawnymi obyczajami. Stanowiły widzialne znaki, że pewni ludzie oddali swoje życie Bogu w sposób szczególny.

Tymczasem po Soborze coraz częściej mówiono tak, jakby wszystko, co odróżniało księdza lub zakonnika od reszty społeczeństwa, było podejrzane. Kapłan miał być przede wszystkim „jednym z nas”. Zakonnica miała udowodnić swoją społeczną przydatność. Modlitwa i kontemplacja wydawały się mniej konkretne od działalności, którą można policzyć, sfotografować i opisać w sprawozdaniu.

Gilson nie lekceważył pracy społecznej. Pytał tylko, co stanie się z Kościołem, jeżeli przestanie on cenić to, co w jego życiu jest naprawdę nadprzyrodzone.

Nowe, więc lepsze?

Jednym z kluczowych pojęć Gilsona była „chronolatria”. Słowo brzmi uczenie, ale oznacza rzecz bardzo prostą: kult tego, co nowe.

Chronolatria podpowiada, że skoro coś powstało później, musi być lepsze. Dawne formy są z definicji podejrzane, nowe zaś uchodzą za postępowe. To, co przez stulecia było skarbem, zaczyna być przedstawiane jako ciężar.

Nie trzeba już wykazywać, że nowe rozwiązanie jest prawdziwsze lub lepsze. Wystarczy powiedzieć, że odpowiada współczesnemu człowiekowi.

Tyle że kalendarz nie jest argumentem. To, że jakiś pogląd pojawił się wczoraj, nie czyni go mądrzejszym od myśli sformułowanej przed wiekami. Nowy błąd nadal pozostaje błędem, a stara prawda nie traci ważności tylko dlatego, że jest stara.

Duszpasterstwo potrzebuje prawdy

Zdaniem Gilsona po Soborze zaczęto również rozdzielać duszpasterstwo od nauki Kościoła. Mówiono: nie zajmujmy się teraz dogmatami i precyzyjnymi formułami, lecz wyjdźmy do ludzi.

Brzmiało to zachęcająco. Każde duszpasterstwo opiera się jednak na odpowiedzi na kilka podstawowych pytań. Kim jest Chrystus? Czym jest Kościół? Czym jest Msza święta? Czym jest grzech? Po co człowiekowi zbawienie?

Jeżeli odpowiedzi stają się niejasne, duszpasterstwo również traci kierunek. Można organizować spotkania, tworzyć nowe struktury, przebudowywać prezbiteria i zmieniać język, ale coraz mniej wiadomo, dokąd właściwie prowadzi się ludzi.

Nie istnieje duszpasterstwo zupełnie wolne od doktryny. Jeżeli nie opiera się ono na jasno wyrażonej wierze Kościoła, zaczyna nieświadomie korzystać z innych poglądów – niekoniecznie chrześcijańskich.

Remont domu czy wielka rozbiórka?

Gilson nie twierdził, że Kościół nie może się zmieniać. Może zmieniać język, metody duszpasterskie, przepisy i formy działania. Sobór zwołano właśnie po to, aby Kościół lepiej odpowiadał na wyzwania współczesnego świata.

Czym innym jest jednak remont domu, a czym innym uznanie, że dom należy zburzyć i postawić od początku.

Atmosfera pierwszych lat posoborowych przypominała Gilsonowi chwilami właśnie taką wielką rozbiórkę. To, co odziedziczone, traktowano jak przeszkody pozostawione przez przeszłość. Usuwano kolejne elementy, nie zawsze pytając, co wcześniej podtrzymywały i czy po ich zniknięciu cała budowla pozostanie stabilna.

Dlatego francuski filozof pisał o spacerze pośród ruin.

Nie były to jednak ruiny pozostawione przez Sobór Watykański II. Gilson nie oskarżał Soboru o zniszczenie Kościoła. Przeciwnie – bronił go przed tymi, którzy pod jego imieniem zaczęli przeprowadzać własną rewolucję.

Ruiny pozostawili ci, którzy uznali, że po Soborze wszystko wolno rozpocząć od nowa. Że dotychczasowa liturgia, teologia, pobożność i dyscyplina Kościoła są jedynie materiałem z rozbiórki. Że zamiast rozwijać odziedziczony dom, można go zburzyć i na pustym placu zaprojektować zupełnie nowy Kościół.

Tego Sobór nie powiedział

Sobór nie powiedział, że należy porzucić Tradycję. Nie powiedział, że wszystko, co dawne, jest gorsze. Nie powiedział, że duszpasterstwo może obyć się bez dogmatu. Nie powiedział też, że Kościół ma rozpocząć swoją historię od roku 1965.

Kiedy dziś czytamy Gilsona, nie powinniśmy widzieć w nim jedynie starszego pana narzekającego na zmiany. Filozof dostrzegł coś znacznie głębszego: niebezpieczeństwo pomylenia reformy z zerwaniem, rozwoju z odrzuceniem oraz odnowy z budowaniem wszystkiego od początku.

Spacerował po ruinach pozostawionych przez ludzi, którzy chcieli zburzyć stary dom, zanim zdążyli zrozumieć, dlaczego został wzniesiony właśnie w taki sposób.

A przecież Sobór nigdy nie powiedział, że trzeba wszystko porzucić i budować od początku.

Maksymilian Powęski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->