Religia Dzisiaj 09:41 | Redaktor
[NIEDZIELA Z TYGODNIKIEM] Salve Regina, którego już nie umiemy

„Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, że spotkanie polskiej młodzieży z papieżem kończy się wspólnym śpiewem Salve Regina? Pytanie retoryczne. Nie zwalajmy wszystkiego na świat na zewnątrz. Kolejne pokolenia od 60 lat są w Polsce odcinane od ich dziedzictwa wewnątrz Kościoła”.

Te słowa napisał mój kolega z „Christianitas”, Piotr Chrzanowski. Są gorzkie, może nawet trochę prowokacyjne. Trudno jednak przejść obok nich obojętnie. Zwłaszcza po poprzednim odcinku, w którym sprawdzaliśmy, co Sobór Watykański II rzeczywiście powiedział o łacinie. Przypomnę tylko jedno: Sobór nie nakazał jej usunięcia. Przeciwnie, polecił zachować język łaciński w obrządku łacińskim i zatroszczyć się o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać albo śpiewać po łacinie przynajmniej należące do nich części Mszy. Dziś chciałbym zostawić na boku spór o konkretne przepisy liturgiczne. Chciałbym zapytać o coś bardziej osobistego. Co właściwie straciliśmy, kiedy łacina niemal całkowicie zniknęła z naszego kościelnego doświadczenia?

Co właściwie straciliśmy?

Moje dzieciństwo przypadało na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a więc dokładnie na czas, kiedy reformy liturgiczne wchodziły do polskich parafii. Łacinę z kościoła pamiętam właściwie jak przez mgłę. Więcej zostało mi chyba z opowiadań rodziców niż z własnej pamięci. Co ciekawe, w tych opowiadaniach nie było jakiejś otwartej nostalgii. Nie słyszałem wielkich narzekań, że dawniej było lepiej i wszystko zostało zniszczone. Było jednak coś znacznie subtelniejszego. Od czasu do czasu pojawiało się zdanie, z którego wynikało, że wraz ze zmianą języka coś się skończyło. Coś, czego może nawet nie umiano dokładnie nazwać.

Kiedy byłem już trochę starszy, zacząłem pytać księży, czy łacina rzeczywiście nie ma już żadnej wartości dla modlitwy Kościoła. Reakcja była zwykle podobna. Nie było właściwie o czym rozmawiać. Reforma została przeprowadzona, mamy język, który wszyscy rozumiemy, i powinniśmy się z tego cieszyć. Samo pytanie brzmiało trochę podejrzanie, jakby człowiek próbował podważać coś, co zostało już ostatecznie rozstrzygnięte. Było w tym coś, co można by nazwać tabu pierwszych dziesięcioleci po reformie. Co ciekawe, wielu z tych księży nadal odmawiało wtedy brewiarz po łacinie. Oficjalne polskie wydanie Liturgii godzin zaczęło wchodzić do użycia dopiero w 1982 roku, a kolejne tomy ukazywały się jeszcze przez następne lata. Łacina znikała więc z Mszy znacznie szybciej niż z codziennej modlitwy samych duchownych. 

Łacina znikała nie tylko z Kościoła

Równolegle działo się jednak coś znacznie większego. Łacina traciła swoje miejsce nie tylko w Kościele, ale także w edukacji. Ten proces rozpoczął się oczywiście dużo wcześniej i w Polsce miał własną historię. Władze komunistyczne bardzo mocno ograniczyły klasyczne wykształcenie. Po reformie z początku lat sześćdziesiątych łacina stała się w liceum przedmiotem nadobowiązkowym i zmniejszono liczbę przeznaczonych na nią godzin. W latach siedemdziesiątych nastąpiło pewne odbicie. Łacina wróciła między innymi do klas humanistycznych i biologiczno-chemicznych, a nawet pojawiła się możliwość tworzenia klas klasycznych. Po 1989 roku nie nastąpił jednak wielki powrót edukacji klasycznej. Kolejne zmiany programowe i reforma szkolna z 1999 roku jeszcze bardziej ograniczyły jej realną obecność. 

Łacina zaczęła też znikać z medycyny, biologii czy prawa. Owszem, wciąż spotykamy w tych dziedzinach łacińskie nazwy, terminy i sentencje. Zniknęła natomiast rzecz bardziej podstawowa. Znajomość łaciny przestała być częścią wykształcenia człowieka, którego uważaliśmy za dobrze wykształconego. Można dziś zostać lekarzem, prawnikiem albo biologiem, korzystać z łacińskich terminów przez całe zawodowe życie i właściwie nie znać języka, z którego one pochodzą.

Rozmawiałem o tym kilka razy na antenie radiowej, między innymi z profesorem Rafałem Toczką, filologiem klasycznym. W jednej z tych rozmów postawił tezę, która początkowo wydała mi się paradoksalna. Najgłębsze zerwanie naszej więzi z kulturą łacińską nie dokonało się jego zdaniem w czasach komunizmu, lecz po jego upadku, w latach dziewięćdziesiątych. Nie dlatego oczywiście, że III Rzeczpospolita wypowiedziała łacinie jakąś ideologiczną wojnę. Stało się coś może skuteczniejszego. Uznaliśmy po prostu, że ten rodzaj wiedzy nie jest już potrzebny. Nowoczesne wykształcenie miało być praktyczne, użyteczne i szybko przynosić wymierne efekty. Łacina coraz trudniej mieściła się w takim rachunku.

Warto się tutaj zatrzymać, bo określenie „Europa łacińska” nie jest ozdobną metaforą. Przez wieki łacina była wspólnym językiem zachodniej Europy. Była językiem Kościoła, ale także uniwersytetów, nauki, filozofii, dyplomacji i znacznej części prawa. Człowiek wykształcony w Krakowie, Paryżu, Bolonii czy Kolonii należał do wspólnej przestrzeni intelektualnej właśnie dlatego, że mógł czytać te same teksty i posługiwać się tym samym językiem. W średniowieczu to przede wszystkim Kościół i jego szkoły przechowały kulturę łacińską, a później łacina stała się jednym z fundamentów europejskiej kultury uczonej. 

Oczywiście ta Europa już dawno przed Soborem Watykańskim II zaczęła się zmieniać. Języki narodowe od stuleci zajmowały miejsce łaciny w kolejnych dziedzinach życia. Nie można więc całego procesu zrzucić na reformę liturgiczną. Mnie interesuje jednak niezwykła zbieżność. W drugiej połowie XX wieku łacina niemal równocześnie przestała być potrzebna w szkole i przestała być potrzebna przeciętnemu katolikowi w kościele. W ciągu jednego czy dwóch pokoleń człowiek przestał mieć z nią kontakt właściwie gdziekolwiek.

W niektórych krajach zachodnich pozostało jednak więcej drobnych pomostów. Dobrym przykładem jest Francja. Nie twierdzę, że każdy młody francuski katolik swobodnie śpiewa po łacinie. Byłoby to oczywiście przesadą. Łacińskie hymny i antyfony znacznie łatwiej jednak przebijają się tam do szerszej świadomości. Salve Regina potrafi pojawić się nawet w zupełnie popularnej kulturze. W komedii „Żandarm i kosmici” z Louisem de Funèsem jest scena w klasztorze, w której siostry śpiewają właśnie Salve Regina. Żart działa między innymi dlatego, że twórcy mogli jeszcze założyć, iż ten śpiew będzie dla widza czymś rozpoznawalnym. 

Dziedzictwo, którego nie przekazaliśmy

To jest właśnie ten moment, kiedy wracam do zdania Piotra Chrzanowskiego. Czy potrafimy sobie wyobrazić wielkie spotkanie młodych Polaków z papieżem, podczas którego kilka czy kilkanaście tysięcy osób bez rozdawania tekstów zaczyna razem śpiewać Salve Regina? Problem nie polega na tym, że młodzi ludzie są gorsi albo mniej religijni. Po prostu nikt ich tego nie nauczył.

Znam zresztą historię pewnej bydgoskiej parafii, która dobrze pokazuje atmosferę wokół tego problemu. Jej proboszcz postanowił potraktować poważnie właśnie ten fragment soborowej konstytucji, o którym mówiłem w poprzednim odcinku. Zaczął uczyć wiernych łacińskich części stałych Mszy. Nie próbował cofnąć reformy. Chciał po prostu, aby ludzie potrafili wykonać to, czego Sacrosanctum Concilium wprost od nich oczekiwało.

Reakcja była bardzo gwałtowna. Część parafian odebrała to jako zamach na reformę. Pojawiły się konflikty i skargi do kurii. Cała historia nie skończyła się dobrze. Po latach jeden z księży opowiadał mi jednak rzecz znamienną. Niektórzy ludzie, którzy wtedy protestowali, dzisiaj przyznają, że może proboszcz nie był całkiem pozbawiony racji. Patrzą na spotkania katolików z innych krajów, słyszą wspólne Salve Regina czy Pater noster i zauważają, że istnieje jakiś rodzaj jedności, którego sami nie dostali w spadku.

Nie chodzi mi przy tym o argument, że kiedyś wszystko było lepiej. Nie było. Nie zamierzam też przekonywać, że wszyscy polscy katolicy powinni od jutra uczyć się łaciny ani że język polski w liturgii był pomyłką. Możliwość modlitwy w języku ojczystym jest wielkim dobrem. Pozwala naprawdę rozumieć modlitwy Kościoła i słowo Boże. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uznajemy, że skoro zdobyliśmy jedno dobro, wszystko, co było obok niego, stało się nagle bezwartościowe.

Być może właśnie to wydarzyło się z łaciną. Nie została po prostu zastąpiona w miejscach, w których język narodowy był bardziej użyteczny. Została w znacznym stopniu usunięta z pamięci. Przestała być wspólnym kodem, choćby bardzo skromnym. Przestaliśmy przekazywać następnemu pokoleniu nawet kilka modlitw i śpiewów, które poprzednie pokolenia znały przez setki lat.

Dziedzictwo nie polega na tym, że wszystko, co odziedziczyliśmy, musimy zachować w niezmienionej postaci. Polega jednak na tym, że zanim coś porzucimy, powinniśmy wiedzieć, co właściwie porzucamy. W przypadku łaciny kolejne pokolenia często nie dostały nawet takiej możliwości. Nie wybrały między nią a językiem narodowym. Po prostu urodziły się już po dokonanym wyborze.

Może więc najważniejsze pytanie nie brzmi dzisiaj: czy mamy wrócić do łaciny? Brzmi ono inaczej: czy mamy prawo nie przekazać następnym pokoleniom nawet klucza do tej części ich własnego dziedzictwa?

Bo kiedy młody katolik nie rozpoznaje już Salve Regina, nie świadczy to o tym, że hymn stał się niepotrzebny. Świadczy przede wszystkim o tym, że gdzieś przerwano przekaz.

I tego nie zrobił żaden „świat zewnętrzny”. Zrobiliśmy to w znacznej mierze sami. A kiedyś byliśmy nazywani najbardziej łacińskim narodem na północ od Alp.

Maksymilian Powęski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->