Rower zatrzymała żandarmeria, ale i tak weszli na szczyt! Jebel Toubkal zdobyty w 2,5 godziny
fot. Facebook/Muszla św. Jakuba
Grzegorz Stenka z Bydlina i bydgoszczanin Marcin Kubiak zdobyli Jebel Toubkal, najwyższy szczyt Afryki Północnej. Choć żandarmeria nie pozwoliła im wnieść na górę 14-kilogramowego roweru, podróżnicy nie zrezygnowali z wyprawy. Na wierzchołek położony na wysokości 4167 metrów nad poziomem morza dotarli pieszo w około 2,5 godziny. Celem akcji było nagłośnienie zbiórki na rzecz Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych.
Inne z kategorii
Czternaście nowych pociągów dla Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. PESA przekazała Elfy 3.0
„Miałem aż dwa Anioły Stróże”. Niewidomy pielgrzym ruszył z Bydgoszczy na Jasną Górę
Spontaniczna decyzja i wielka przygoda
Pomysł zdobycia Jebel Toubkal narodził się spontanicznie. Marcin Kubiak chciał dołączyć do Grzegorza Stenki podczas jego rowerowej podróży przez Maroko. Najtańsze połączenie prowadziło do Marrakeszu, w pobliżu którego znajduje się najwyższy szczyt Afryki Północnej.
Marcin powiedział, że skoro będziemy w okolicach Marrakeszu, fajnie byłoby wejść na Toubkal. To była rozmowa dwóch ludzi na zasadzie: może pójdziemy gdzieś coś zjeść – wspomina Stenka.
Podróżnicy zaczęli analizować relacje innych uczestników wypraw. Jedni przedstawiali wejście jako stosunkowo łatwe, inni ostrzegali przed wymagającymi warunkami. Ostatecznie postanowili samodzielnie zorganizować wyprawę z miejscowym przewodnikiem. Było to, jak przynzał Grzegorz Stenka, jedno z większych jego życiowych wyzwań:
W plecaku miałem tylko puszki, namiot, śpiwór, butlę z gazem i kuchenkę (...) Najlepsze są chwile, które budzą duszę i pchają nas ku lepszemu – podsumował.
Rower miał znaleźć się na szczycie
Stenka wpadł na pomysł, aby wnieść na górę rower, którym realizuje swoją charytatywną wyprawę. Inspiracją była historia szwedzkiego podróżnika Görana Kroppa, który dotarł rowerem pod Mount Everest, zdobył szczyt, a następnie wrócił jednośladem do kraju.
W transporcie ważącego około 14 kilogramów sprzętu miał pomagać Marcin Kubiak. Początkowo rozważano również wykorzystanie muła. Jednak takie rozwiązanie mogłoby być zbyt obciążające i niebezpieczne dla zwierzęcia. Ostatecznie podróżnicy zdecydowali sie więc przeprowadzić wszystko własnymi siłami.
Plan przerwała żandarmeria. Na posterunku położonym na trasie do schroniska służby nakazały pozostawienie pojazdu.
Jako powody wskazano możliwość uderzenia nim innego turysty lub skały, uszkodzenia sprzętu, a także ryzyko zranienia zwierząt transportujących bagaże. Zdaniem funkcjonariuszy rower mógł więc stwarzać zagrożenie na wąskim, górskim szlaku.
Problemy z oddechem i bardzo strome podejście
Po pozostawieniu roweru podróżnicy kontynuowali wyprawę pieszo. Ze schroniska wyruszyli około godz. 4.00 rano, planując dotrzeć na wierzchołek w czasie wschodu słońca.
Największym zaskoczeniem okazały się rozrzedzone powietrze oraz nachylenie trasy.
Nie spodziewaliśmy się aż takich problemów z oddychaniem. Im wyżej wchodziliśmy, tym było trudniej. Zaskoczyło nas również, jak strome jest końcowe podejście – relacjonuje Kubiak.
Uczestnicy przyznają, że przed wyprawą czytali opinie przedstawiające Jebel Toubkal jako łatwy czterotysięcznik. Rzeczywistość okazała się bardziej wymagająca.
Grzegorz Stenka miał moment poważnego zwątpienia. Pojawiły się nudności i trudności ze złapaniem oddechu. Pokonywane odległości wydawały się większe, niż były w rzeczywistości.
Wydawało nam się, że przeszliśmy 500 czy 600 metrów, a okazywało się, że było to zaledwie 100–150 metrów – wspomina.
Przewodnik zaskoczony tempem
Mimo trudności Stenka i Kubiak utrzymywali wysokie tempo. Wyruszyli później niż część innych grup, ale po drodze wyprzedzili większość turystów, którzy rozpoczęli podejście nawet godzinę wcześniej.
Na szczyt dotarli w około 2,5 godziny. Tym tempem zaskoczony był nawet miejscowy przewodnik.
Przed nimi na wierzchołku znalazła się jedynie grupa Hiszpanów, która rozpoczęła marsz około godz. 3.15.
Podróżnicy spotkali też osoby znacznie gorzej znoszące wysokość. Jedna z turystek miała tak poważne problemy z oddychaniem, że musiała przerwać dalsze podejście i pozostać pod opieką przewodnika.
Pewność siebie trochę nas zgubiła. Wyszliśmy praktycznie bez śniadania, mając tylko wodę i niewielką przekąskę. Były chwile, kiedy zastanawiałem się, czy będę musiał zrezygnować (...) W ogóle czasami jest ciężko. Mam ochotę zawrócić do Hiszpanii i tam zostać, ale ja walczę też o swoje marzenia, a pomoc dzieciom to moja motywacja – przyznaje Stenka.
Wyprawa ma pomagać podopiecznym hospicjum
Wejście na Jebel Toubkal było częścią większego projektu charytatywnego Grzegorza Stenki. Podróżnik rozpoczął w listopadzie 2025 roku wyprawę z północy Europy do Ushuaia w Argentynie.
Trasa ma liczyć ponad 15,4 tys. kilometrów. Za każdy kilometr przejechany przez Stenkę sponsor przekazuje 30 groszy na rzecz Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych. Prowadzona jest również zbiórka internetowa, której celem jest zgromadzenie 10 tys. zł.
Marcin Kubiak wspiera projekt przede wszystkim logistycznie. Pomaga w planowaniu tras, poszukiwaniu noclegów, punktów zaopatrzenia i organizowaniu kolejnych etapów podróży.
Decyzja żandarmerii uniemożliwiła wniesienie roweru na szczyt i planowany częściowy zjazd. Najważniejszy cel został jednak osiągnięty: podróżnicy zdobyli Jebel Toubkal i ponownie zwrócili uwagę na potrzeby podopiecznych hospicjum. To szczególnie ważne, bo od dłuższego czasu zbiórka utknęła w miejscu. Teraz jest szansa na zmobilizowanie większej liczby ludzi dobrej woli.
Grzegorz Stenka podziękował rodzinie, przyjaciołom i wszystkim darczyńcom wspierającym jego wyprawę.
Zbiórka na rzecz podopiecznych hospicjum dostepna jest TUTAJ
Wyprawę Grzegorza Stenki można śledzić TUTAJ