[OKIEM TYGODNIKA] Przed Twe ołtarze zanosim… kazanie. O rozwodzie tronu z ołtarzem
fot. AI, ilustracyjne
Pradziadek mawiał, że każdy człowiek ma swojego demona, a każdy kapłan – siedmiu. Im bliżej Boga i im ważniejsza misja, tym bardziej desperacko szatan stara się od niej odciągać. Kiedyś brzmiało to jak pobożna przesada, która miała zwrócić uwagę na ciężar odpowiedzialności, jaki noszą duchowni. Dziś jednak słowa te wydają się niepokojąco aktualne. Jeśli rzeczywiście największe napięcia pojawiają się tam, gdzie stawka jest najwyższa, to czy może dziwić, że przestrzeń styku wiary i polityki stała się miejscem szczególnego zamętu?
Inne z kategorii
Schreiber: prawica traci „milczącą większość”. Rozwój Plus ma ją odzyskać
[KADR TYGODNIKA] Bohater mimo woli. „Fyrtel 39”
W Polsce niektóre rocznice obchodzone są hucznie, a o innych wspomina się półgłosem. Przypadająca 14 kwietnia 1060. rocznica Chrztu Polski przeminęła niemal w milczeniu. A przecież trudno o bardziej przełomowe wydarzenie w dziejach narodu. Przypomina ono, że u samych początków naszego państwa religia i polityka nie były od siebie odseparowane – przeciwnie, przenikały się w sposób naturalny i twórczy. Samo ich współistnienie nie wydaje się więc problemem. Napięcia pojawiają się raczej wtedy, gdy jedno próbuje zdominować drugie lub się od niego odseparować. To zresztą karkołomne zadanie w kulturze na wskroś przesiąkniętej chrześcijaństwem. Jak pisał Roman Dmowski: „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie(...). Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości(...), jest niszczeniem samej istoty narodu”. Podobnie i religia, jeśli zlekceważy naturalną potrzebę kształtowania tożsamości narodowej, porządku społecznego i ochrony wspólnych wartości, szybko może zamienić się w oderwane od Ewangelii pięknosłowie – zbiór moralnych ozdobników, bez osadzenia w rzeczywistości.
Tymczasem taki „rozwód” tronu od ołtarza postulowany jest coraz częściej. Ponad tysiącletnie dziedzictwo uniemożliwia przeprowadzenie szybkiej procedury z orzeczeniem o winie. Niektórzy ateiści, ale nierzadko i sami wierni, próbują więc wcisnąć Kościół w buty nieszkodliwej organizacji dobroczynnej – za ciasne dla niego, ale bardzo wygodne dla wszystkich pozostałych. Byle nie przeszkadzał w nowych relacjach i nie walczył o swoje miejsce. Wiara jest więc tolerowana o tyle, o ile nikt nie opuszcza z nią murów świątyni. „To kwestia prywatna” – słyszymy. Pomija się często fakt, że Dekalogu nie da się zamknąć w czterech ścianach, a ewangelizacja nie jest skierowana do tych, którzy już wierzą . Główną misją Kościoła jest zbawienie dusz, a nie ratowanie ciała. Dzieła pomocowe są potrzebne po to, by pomóc ludziom zbliżyć się do Boga.
Jednocześnie w sieci łatwo znaleźć zarzuty o… brak pomocy. W dyskusjach dotyczących aborcji wybrzmiewa pretensja, że wspólnota dba jedynie o życie nienarodzone. To teza fałszywa. Szacuje się, że w Polsce oficjalnie działa ponad 890 kościelnych organizacji pomocowych (w tym: kilkadziesiąt domów samotnej matki, okien życia oraz hospicja i ośrodki dla niepełnosprawnych). Do tego tysiące mniejszych inicjatyw, które nie kolekcjonują lajków, docierając do potrzebujących spoza oficjalnych statystyk.
Z lewej strony sceny politycznej słyszę napomnienia o nadstawieniu drugiego policzka, choć ten fragment Ewangelii mówi przecież o biernym oporze wobec przemocy i równym traktowaniu, a nie o obojętności i poniżeniu.
Duchowni spotykają się jednak z rosnącą presją także ze strony wiernych. Część z nich – nieraz słusznie – wypomina im grzechy, słabości i politykierstwo. Jednocześnie przed ołtarze, zamiast błagania zanosi… własne kazania. Nie chce się modlić, tylko pouczać. Oczekuje od księży, że udzielą sakramentów „na życzenie”, będą wiecznie uśmiechnięci i łagodni w mowie. Ma być sympatycznie – niekoniecznie ewangelicznie. Sami uciekają od odpowiedzialności, zapominając o tzw. „grzechach cudzych”, a szczególnie jednym – „milczeć, gdy ktoś grzeszy”. Stawiają wymagania, nie wymagając niczego od siebie. Wodzą kapłanów „na pokuszenie”, by zabiegali o aprobatę wspólnoty, a nie o jej nawrócenie.
Oczywiście krytyka błędów Kościoła jest potrzebna, bo może działać oczyszczająco. Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast krytyki pojawia się pogarda, a zamiast troski – nienawiść. W kwietniu poważnemu wypadkowi uległ ks. Krzysztof Włodarczyk z Lipna. Komentarze internautów, którzy dotąd w ogóle nie znali tego człowieka, brzmią przerażająco: „Na osiołku mógł ciul jechać”. To tylko jeden z przykładów. Pod niemal każdym wpisem, dotyczącym osoby duchownej, pojawiają się dziesiątki podobnych.
Kościół próbuje się jednak odciąć nie tylko w sferze medialno-kulturowej. Ta tendencja obejmuje też politykę. Przynajmniej z pozoru. Sam kierunek może wydawać się słuszny, bo politycy często żerowali na wierze, wykorzystując religię instrumentalnie. Kościelne śluby liderów, zawierane wyłącznie „pod publikę”, narracja oparta na chrześcijańskich motywach, by zdobyć głosy katolików i ideologiczne przemowy przed ołtarzami to jedynie kilka przykładów.
Księża nie powinni więc z ambony polecać głosowania na konkretną partię. Mają jednak prawo, a wręcz obowiązek przypominać, że nie wolno popierać grzechu. Nawet ubranego w schludną szatę eleganckich postulatów. Co więcej, ksiądz także jest obywatelem kraju. Posiada takie same prawa do wolności słowa, wyrażania własnej opinii i uczestniczenia w życiu społecznym. Wielu duchownych okazywało się zresztą wybitnymi politykami – choćby niesłusznie osnuty złą sławą przez Aleksandra Dumas, kardynał Richelieu.
Wiara realizuje się we wszystkich sferach życia. Nie można więc jej wyplenić z żadnej z nich. Bez względu na nasze poglądy i wyznawaną religię, chrześcijaństwo było jednym z głównych czynników kształtujących polską tożsamość. Polska kultura prawna i moralna wyrasta w dużej mierze z chrześcijańskiego dziedzictwa, a z motywów biblijnych do dziś garściami czerpią nawet antykatolickie książki, filmy i gry komputerowe. To w dużej mierze Kościół wstrząsnął komunistycznym molochem, składając daninę krwi swoich męczenników.
Ponad tysiącletniej historii nie da się wyrwać w ciągu jednego pokolenia. Nawet jeśli to uczynimy – co w zamian? Kultura nie znosi pustki, a przykłady innych krajów europejskich pokazują, że nie wszystkie religie i ideologie oferują podobny zasób tolerancji.
Dziś warto, za przykładem św. Jana Pawła II, tym razem nie do Francji, tylko do Polski, skierować pytanie: „Co uczynisz ze swoim chrztem?”.
Skoro każdy człowiek ma swojego demona, a każdy kapłan siedmiu, to trudno się dziwić, że i całe narody nie są od tej walki wolne. Zwłaszcza te, które przez wieki budowały swoje istnienie wokół ołtarza. Warto jednak pamiętać, że tron upada szybko. Ołtarz widział już niejedno imperium.
Stały felieton Jolanty Fischer Okiem Tygodnika, w każdy poniedziałek około 18.00 na naszym portalu