Bydgoszcz i Toruń po „rozwodzie”. Marek Gralik: trzeba dać świadectwo prawdzie
Czy statystyczny rozdział Bydgoszczy i Torunia to tylko techniczna korekta w europejskich tabelach, czy symboliczny koniec opowieści o jednej bydgosko-toruńskiej metropolii? O „rozwodzie statystycznym”, interesach Bydgoszczy, budżecie województwa i niezrealizowanych inwestycjach Michał Jędryka rozmawia z Markiem Gralikiem, radnym województwa kujawsko-pomorskiego i przewodniczącym klubu PiS w sejmiku.
Inne z kategorii
150 lat służby i nowy sztandar. Grudziądz świętował Wojewódzki Dzień Strażaka
Koniec statystycznego zlepku?
Bydgoszcz i Toruń przez lata były ujmowane w części europejskich statystyk jako jeden obszar. W ostatnich tygodniach temat powrócił za sprawą tak zwanego „rozwodu statystycznego” obu miast. Dla jednych to jedynie korekta techniczna. Dla innych — ważny moment w sporze o to, czy istnieje realna aglomeracja bydgosko-toruńska.
Marek Gralik w rozmowie z Tygodnikiem Bydgoskim ocenia, że dla przeciętnego mieszkańca zmiana nie będzie natychmiast odczuwalna. Jak mówi pół żartem, pół serio, „supermiłośnicy Bydgoszczy” mogą się z tego cieszyć, a „supermiłośnicy Torunia” smucić. Ale jego zdaniem sedno sprawy leży gdzie indziej: chodzi o prawdziwszy obraz potencjału obu miast.
Radny podkreśla, że wspólne statystyki zacierały różnice między Bydgoszczą a Toruniem. Jeśli dane były podawane łącznie, trudniej było ustalić, czy określony wynik jest zasługą jednego miasta, drugiego, czy całego sztucznie ujętego obszaru. Gralik używa prostego przykładu: 1,5 plus 1,5 daje 3, ale 1 plus 2 także daje 3 — końcowy wynik jest ten sam, lecz rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Inwestorzy patrzą na dane
W rozmowie pojawia się pytanie, czy takie statystyki mają realne znaczenie dla inwestorów. Gralik odpowiada, że tak. Jego zdaniem przedsiębiorcy, którzy rozważają inwestycje w Polsce, mogą sięgać po dane Eurostatu, by porównywać bezrobocie, edukację, potencjał rynku pracy i inne parametry.
Rozdzielenie Bydgoszczy i Torunia w statystykach może więc — według rozmówcy — pozwolić lepiej pokazać rzeczywisty potencjał każdego z miast. A to oznacza, że Bydgoszcz nie będzie już ukryta w ogólnym „zlepku toruńsko-bydgoskim”.
Co z koncepcją jednej metropolii?
Jednym z najważniejszych wątków rozmowy jest pytanie, czy „rozwód statystyczny” oznacza także polityczne i strategiczne odejście od koncepcji dwubiegunowej metropolii bydgosko-toruńskiej.
Gralik relacjonuje, że pytał o to marszałka województwa podczas sesji sejmiku. Interesowało go zwłaszcza, czy w nowej strategii rozwoju województwa nadal pojawi się pojęcie aglomeracji bydgosko-toruńskiej.
Radny zauważa, że Bydgoszcz i Toruń nie są ze sobą zrośnięte tak, jak miasta Górnego Śląska czy Trójmiasta. Nie ma tu ciągłości zabudowy, codziennego przenikania się struktur miejskich ani infrastruktury, która w naturalny sposób tworzyłaby jeden organizm. Są połączenia kolejowe i autobusowe, ale trudno mówić o realnym „dwumieście” w takim sensie, w jakim funkcjonują znane polskie aglomeracje.
Tramwaj metropolitarny, S10 i lotnisko
W rozmowie pojawia się również temat inwestycji, które mogłyby rzeczywiście zbliżyć Bydgoszcz i Toruń. Jednym z przykładów jest koncepcja tramwaju metropolitalnego, zapisywana wcześniej w dokumentach strategicznych. Gralik zaznacza jednak, że nie widać dziś wyraźnych działań administracyjnych, które realnie prowadziłyby oba miasta ku sobie.
Radny wskazuje też na lotnisko w Bydgoszczy. Jego zdaniem gestem dobrej woli i realnym krokiem ku współpracy mogłoby być takie zaplanowanie infrastruktury, by mieszkańcy Torunia mogli wygodnie dojeżdżać koleją do bydgoskiego portu lotniczego. To byłby — jak sugeruje — konkretny dowód, że województwo rzeczywiście traktuje lotnisko w Bydgoszczy jako wspólny zasób regionu.
Budżet województwa: nadwyżka, ale kosztem inwestycji?
Rozmowa zaczyna się od sesji absolutoryjnej sejmiku województwa. Gralik krytycznie ocenia wykonanie budżetu. Zwraca uwagę, że samorząd województwa nie zrealizował wszystkich zaplanowanych wydatków, szczególnie inwestycyjnych.
Według niego nadwyżka budżetowa może wyglądać dobrze na papierze, ale trzeba pytać, skąd się bierze. Jeśli wynika z niezrealizowanych inwestycji, nie musi być powodem do samozadowolenia. Gralik mówi o 135 milionach złotych niewydanych na zaplanowane zadania oraz o 53 milionach złotych, które nie trafiły na inwestycje mimo wcześniejszych planów. Wskazuje też przykłady zadań, na które w danym roku nie wydano ani złotówki, między innymi w kontekście obwodnic.
Kto ma pilnować interesów Bydgoszczy?
W końcowej części rozmowy pojawia się pytanie o to, kto powinien definiować i reprezentować interesy Bydgoszczy na poziomie województwa. Gralik przyznaje, że brakuje mu rozmowy między władzami miasta a radnymi wojewódzkimi z Bydgoszczy.
Jego zdaniem prezydent Bydgoszczy powinien jasno wskazywać, o co miasto chce zabiegać w sejmiku i wobec zarządu województwa. Bez takiej rozmowy radni mogą działać jedynie intuicyjnie, a interes Bydgoszczy pozostaje niedostatecznie zdefiniowany.
To jedna z mocniejszych tez rozmowy: Bydgoszcz, jeśli chce skutecznie walczyć o swoje miejsce w województwie, musi najpierw sama dobrze nazwać swoje cele. Bo w polityce regionalnej, jak w dawnym rzemiośle, sama ambicja nie wystarczy — trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie przyłożyć dłuto.
Obejrzyj rozmowę
Cała rozmowa Michała Jędryki z Markiem Gralikiem dostępna jest na kanale Tygodnika Bydgoskiego. Rozmawiamy o „rozwodzie statystycznym” Bydgoszczy i Torunia, strategii województwa, budżecie sejmiku, niezrealizowanych inwestycjach i o tym, czy Bydgoszcz potrafi skutecznie walczyć o swoje interesy.