Opinie Dzisiaj 17:42 | Jolanta Fischer
[OKIEM TYGODNIKA] Run, Bydgoszcz, run – biegiem po zdrowie, marszem po rozsądek

fot. facebook/Enea Bydgoszcz Triathlon/ilustracyjne

Sport to zdrowie. Gorzej, jeśli dla jednych oznacza półmaraton, a dla innych slalom między zamkniętymi ulicami, odwołanymi przystankami i zagadką pod tytułem „jak dziś dostać się do domu?”. Bydgoszcz lubi biegać. Warto tylko, by przy okazji nie gubiła po drodze tych, którzy akurat nigdzie biec nie zamierzają.

Sport to zdrowie. A szczególnie dwustumetrowy poranny sprint wprost do zatłoczonego autobusu. Tam, z bezpiecznej odległości i zza szklanej bariery szyby można obserwować ludzi, którzy preferują dłuższe dystanse. Obserwować z odpowiednią dawką czci i zgrozy. Gorzej, gdy autobus wcale nie przyjeżdża, a droga pozostaje zablokowana.

Zaledwie tydzień temu Bydgoszcz kolejny raz wybrzmiała sportowymi okrzykami i dopingiem. Wszystko w ramach półmaratonu. Miłośnicy biegania pokonali trasę z Fordonu do Myślęcinka. Cudownie. Naprawdę. Trudno całym sercem nie popierać zdrowego stylu życia i dobrej zabawy. Ale trudno też wytłumaczyć szefowi, że nie dojedzie się do pracy, bo ludzie biegają. Tymczasem aż do godz. 12.30 częściowo wyłączono z ruchu kilkanaście ulic. Autobusy skierowano objazdami, niektóre linie skrócono, a część przystanków przestała być obsługiwana. Jeszcze gorzej działo się latem przy okazji Ocean Lava Triathlon Polska Bydgoszcz-Borówno, gdy przez niemal cały dzień Niemcz i Osielsko były komunikacyjnie ograniczone. Do tego dodajmy Enea Bydgoszcz Triathlon (tu blokada dotyczyła jednej z głównych arterii miasta) i szereg mniejszych imprez, bo im więcej biegów, tym więcej emocji. Niekoniecznie zdrowych. Ale ważna jest przecież meta.

Na trasie panuje, jak zawsze, wspaniała atmosfera. W internetowych sekcjach komentarzy – już mniej. Na wszystkie pretensje pada jednak prosta odpowiedź: zamiast marudzić i zdradzać się ze swoim zawistnym charakterem, lepiej dołączyć do zawodników, a przynajmniej im pokibicować. Padają oskarżenia o uzależnienie od samochodu i światłe stwierdzenia, że „nikomu nic się nie stanie, jeśli jeden weekend spędzi w domu”. To wszystko prawda. Tyle że nie każdy ma komfort wolnego weekendu. Na terenie gmin ościennych mieszka na przykład wielu lekarzy, którzy muszą dojechać na dyżur, spieszą się do pacjenta lub przeciwnie – po nocnym dyżurze chcieliby jakoś wrócić do własnego łóżka. Inni mieszkańcy mogą mieć obowiązek opieki nad kimś bliskim mieszkającym w centrum miasta albo potrzebę dotarcia na ważną rodzinną uroczystość. Bydgoszcz naprawdę nie dzieli się więc jedynie na zawodników, kibiców i niszczycieli dobrej zabawy.

Nie chodzi też o to, by zabronić organizacji sportowych imprez. W żadnym wypadku. Takie wydarzenia są potrzebne, by promować aktywność fizyczną i samo miasto. Oczywisty jest także fakt, że wiążą się one z utrudnieniami komunikacyjnymi. Ale… no właśnie. Utrudnieniami, a nie komunikacyjnym rebusem bez rozwiązania. Bydgoszcz nie powinna pędzić do mety, nie oglądając się na boki i nie patrząc pod nogi. Nie powinna przy okazji zawodów, zapominać o mniej krzykliwej codzienności pozostałych mieszkańców. I to naprawdę da się zrobić. Wystarczy z góry zaplanować odpowiednie objazdy i zadbać, by ta informacja dotarła do wszystkich zainteresowanych. I tu niestety miastu zdarza się potknąć na równym asfalcie. Bardzo dokładnie tłumaczy ono pasażerowi autobusu, co stanie się z jego linią, ale kierowcy każe właściwie samemu rozwiązać zagadkę terenową. Oto ulice zamknięte, tu będzie bieg, tam triathlon – powodzenia. Objazd powinien być czymś więcej niż możliwością odnalezienia sobie bocznej drogi na mapie. Powinien być zawczasu wskazany, opisany i oznakowany tak, by także ktoś, kto nie zna na pamięć całej północnej Bydgoszczy i gminy Osielsko, mógł po prostu dojechać do celu. Również ci, którzy mieszkają przy wyłączonych z ruchu przystankach.

Jaka skala dezorganizacji miasta jest więc rozsądna dla imprezy sportowej? Czy trasa musi koniecznie przebiegać przez kluczowe ulice? To drugie pytanie wydaje się wręcz brutalne. Bo skoro promujemy zdrowie, to dlaczego każemy zawodnikom wdychać zanieczyszczone powietrze centrum miasta, zamiast poprowadzić ich przez lasy i parki? Oczywiście nie każdy dystans pozwoli to uczynić bez kreślenia pętli. Myślęcinek jest duży, ale dłuższe trasy trudno pewnie zamknąć w jego granicach, tak by uczestnicy nie musieli oglądać drugi raz tych samych krajobrazów. Można jednak próbować. Można mierzyć swoje zamiary na siły cierpliwości kierowców i wreszcie czasami odrobinę zwolnić – nawet na drodze sportowych ambicji.

Bo wraz z rosnącą liczbą i popularnością imprez sportowych, obok dawki wspaniałego dopingu i godnej podziwu determinacji, niekiedy widać też pewne fiksacje. Zdrowy styl życia jest wartością, dopóki nie zaczyna wymagać, by wszyscy wokół podporządkowali się naszej pasji. Można liczyć kroki, kilometry i życiówki. Warto jednak czasem policzyć również tych, którzy w tym samym czasie próbują po prostu dostać się do pracy, domu albo lekarza.

Wreszcie czas na gorzką konkluzję: jeśli tysiąc miłośników biegania sprawi, że ktoś w weekend nie zdoła dotrzeć do apteki po ważne lekarstwo, to też ciężko to nazwać promocją zdrowia.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->