Opinie Dzisiaj 17:46 | Jolanta Fischer
Kuchenne rewolucje [FELIETON]

fot. AI, ilustracyjne

Żywo pamiętam, jakimi niejadkami byliśmy w dzieciństwie. Często po godzinie rozpaczliwych prób wciśnięcia nam do ust choć kęsa jedzenia, Babcia musiała wracać do swoich obowiązków. Obiad kończyliśmy więc sami… a ja postanawiałam niekiedy „pomóc Babci”. By uatrakcyjnić mojemu bratu posiłek, wspinałam się na wyżyny kreatywności. Zbierałam wszystko, co miał na talerzu (mięso, ziemniaki, surówkę) i w dużym garnku mieszałam, by powstał „przepyszny”, „lekki” koktajl. Dziś podobny koktajl serwuje się Europie.

Według brytyjskiej prasy, powołującej się na raporty zamawiane przez Defrę, brytyjska wieś może stać się obszarem „nieistotnym” w multikulturowym społeczeństwie. Trzeba więc uczynić ją „bardziej różnorodną”. Resort zabiera się do tego z zapałem godnym czteroletniej kucharki: zleca ekspertyzy, jak przyciągnąć na wieś więcej przedstawicieli mniejszości etnicznych. Dodajmy, że według danych ONS, w 2023 roku w Anglii i Walii najpopularniejszym męskim imieniem był… Muhammad. To jeden z wyraźnych sygnałów zmian w strukturze społeczeństwa w niektórych rejonach kraju.

Przykładów nie trzeba zresztą szukać daleko. W ostatnich dniach prokuratura wycofała apelację w sprawie pięciu aktywistów (tzw. „Piątka z Hajnówki”), którzy zajmowali się m.in. przewozem nielegalnych migrantów w głąb Polski. Tym samym uprawomocnił się wyrok uniewinniający, uzasadniony tym, że grupa nie przyjmowała korzyści za swoją „pomoc”. W tej sytuacji trudno mówić o szczelnych granicach i kontroli migracji.

W samej Bydgoszczy liczba cudzoziemców systematycznie rośnie. Obecnie w oddziale ZUS ubezpieczonych jest ponad 32 tysiące takich osób. W 2020 roku liczba ta wynosiła kilkanaście tysięcy. Przywołuję te dane nie po to, by piętnować cudzoziemców. Warto jednak zwrócić uwagę na toczący się ogólny proces, który coraz bardziej przypomina kulturowy przeszczep serca. Europejscy politycy próbują dodać drugi, obcy organ do zdrowego ciała, licząc, że organizm nadal będzie funkcjonował bez większych zmian. Tymczasem potrzebujemy świadomości, że kultury nie są sobie równe – rozwijają się w różnym tempie i czasami w przeciwnych kierunkach. Nie chodzi o to, która jest „lepsza” albo „gorsza”, ale o fakt, że operujemy innymi systemami prawnymi, językowymi i moralnymi. Nie wszystko da się więc ze sobą połączyć. Zauważają to zresztą nawet zagraniczne sądy, często łaskawym okiem patrząc na cudzoziemców i usprawiedliwiając ich czyny „niezrozumieniem europejskich norm kulturowych”.

Do tego dochodzi pytanie o wydolność państwa. Ile wniosków można realnie zweryfikować i czy służby mają środki do kontrolowania osób z nakazem opuszczenia kraju albo z wygasłym prawem pobytu (drastycznym przykładem było morderstwo 24-letniej Klaudii z Torunia, gdzie pozwolenie oprawcy na pobyt w Polsce wygasło, według niektórych źródeł, kilka miesięcy wcześniej). Ważna jest także weryfikacja, w jakich branżach rzeczywiście brakuje pracowników i ilu ich brakuje. To wymaga polityki migracyjnej nie tylko rozsądnej, lecz także ściśle ograniczonej. Na razie trudno dostrzec jej spójny kształt. Społeczeństwu funduje się za to pakt migracyjny i dziwnie pojętą zasadę „solidarności”.

Rynek pracy jest chyba najczęstszym argumentem zwolenników migracji. Silnym, bo w dobie kryzysu demograficznego, prawdziwym: gospodarka potrzebuje rąk do pracy. Tylko czy rozwiązanie jednego problemu, generując jednocześnie dziesiątki innych (wyzwania kulturowe, koszty, które trzeba ponieść na rzecz integracji migrantów itd.), jest dobrym posunięciem? Czy obecna struktura migracyjna w Europie rzeczywiście dostarcza rąk do pracy i wreszcie, czy masowa migracja łata dziurę demograficzną społeczeństwa, czy raczej prowadzi do jego wymiany?

Kolejnym argumentem jest przestępczość. I tu pojawiają się retoryczne pytania: „A Polacy nie popełniają zbrodni?”. To manipulacja zawierająca element prawdy, ale także zupełnie zaburzone proporcje. Oczywiście, w każdym kraju zdarzają się przestępstwa i występują zjawiska patologiczne. Jednak nie w każdym kraju te same zachowania są definiowane jako patologia. Jak wynika z raportu Federalnego Urzędu Kryminalnego (BKA) w 2024 roku w Niemczech cudzoziemcy stanowili około 15% populacji, ale jednocześnie niemal 41,8% podejrzanych w statystykach policyjnych (uczciwie podkreślmy: podejrzanych, a niekoniecznie ostatecznie uznanych winnymi). Oznacza to jednak wyraźną nadreprezentację — szczególnie widoczną w wybranych kategoriach przestępstw, takich jak kradzieże, handel narkotykami czy niektóre formy przestępczości zorganizowanej. Można dyskutować, w jakim stopniu na liczby te wpływają czynniki kulturowe, a w jakim wiek, płeć czy status ekonomiczny, ale przy obecnej strukturze migracyjnej (większość to młodzi mężczyźni) będzie to raczej próba wyjaśniania zjawiska niż naprawy problemu. Podobne nadreprezentacje pojawiają się też w statystykach innych państw zachodnich.

Wreszcie padają argumenty moralizujące: to biedni ludzie, więc naszym obowiązkiem jest ich przyjąć. Nawet przy najbardziej optymistycznym założeniu, że każdy migrant to naprawdę ofiara prześladowań i ubóstwa, taki sposób myślenia pozostaje naiwny. Żaden naród nie jest w stanie „uratować” reszty świata. Rodzina, która chciałaby adoptować dziecko, nie może przecież dać domu wszystkim sierotom. W przeciwnym razie zabraknie środków zarówno dla przyjętych, jak i dla domowników. Polski nie stać – ani materialnie, ani administracyjnie – na zbawianie innych narodów, zwłaszcza, że w praktyce mamy do czynienia w dużej mierze z migracją wtórną, a nie bezpośrednim uchodźctwem. Zresztą nie każda kultura takiego „zbawienia” sobie życzy. Zbyt często kończy się to mapą gett w środku europejskich miast.

Mamy więc trzy podstawowe scenariusze integracji cudzoziemców. Pierwszy zakłada pełną asymilację i dalsze funkcjonowanie społeczeństwa bez większych zmian. To możliwe tylko przy ograniczonej skali migracji i znacznym pokrewieństwie kulturowym. Rodzi też pytanie o „rozmycie” i utratę własnej tożsamości przez samych obcokrajowców. Drugi scenariusz prowadzi do częściowego wymieszania kultur i powstania społeczeństwa-hybrydy — niczym pstrokatego, źle wymieszanego koktajlu. Generuje to liczne napięcia i może zakończyć się w sposób nieprzewidywalny. Trzeci scenariusz oznacza trwałą zmianę tkanki narodowej lub wręcz jej „przejęcie” przez przybyszów. W każdym z tych wariantów cierpi... różnorodność kulturowa: zanika tożsamość gospodarzy, rozmywa się tożsamość gości albo obie strony wychodzą z procesu głęboko przeobrażone.

Sama potrzebowałam co najmniej kilku lat, by odkryć, że różnorodność jest wtedy, gdy na talerzu mam mięso, ziemniaki, gotowane warzywa i surówkę — a nie wtedy, gdy wszystko zmiksuję na mdłą papkę, w której smaki albo zdominowała jedna przyprawa, albo zniknęły bez śladu. Podobnej dojrzałości trzeba dziś w polityce. Jako państwo demokratyczne mamy prawo decydować, co położymy na własnym stole. Jeśli więc zrezygnujemy z kurczaka, nie musi to oznaczać nienawiści do kurczaków. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że nie mamy na niego ochoty lub uznajemy za niekoniecznie dobry pomysł, połączenie mięsa z lodami truskawkowymi. Problem zaczyna się, gdy źle pojęta „różnorodność” przestaje być propozycją, a urasta do roli projektu. Łatwo wtedy o wrażenie, że kraj staje się eksperymentalnym talerzem w cudzych rękach.

Warto robić wszystko, by Polska nie była podobnym talerzem dla Europy. Mamy prawo sami wybrać, co na nim wyląduje, nawet jeśli będzie to pajda zwykłego chleba.

W ultranowoczesnym, tolerancyjnym społeczeństwie może się zresztą wkrótce okazać, że to właśnie smak wiejskiego białego pieczywa jest rzadkim rarytasem.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->