Opinie Dzisiaj 17:48 | Jolanta Fischer
[OKIEM TYGODNIKA] Panorama epok, czyli lekturowy impresjonizm

fot. Pixabay

Skoro uczniowie nie lubią lektur, najprościej zmienić lektury. Skoro język jest trudny – uprościć. Skoro klasyka wydaje się niemodna – zastąpić ją czymś współczesnym. Tyle że po kilku takich poprawkach z panoramy literatury może zostać jedynie zbiór przypadkowych obrazków.

      Wkrótce w szkołach zabrzmi pierwszy dzwonek, a wśród nauczycieli i polityków kolejny dzwon – alarmowy. Według badań PIRLS, przeprowadzonych na czwartoklasistach, wyraźnie zmniejszył się odsetek dzieci sięgających po książki dla przyjemności. Jednocześnie, jak wynika z innych analiz, coraz więcej najmłodszych uważa czytanie za nudne. Słabnie także sama umiejętność rozumienia tekstu wśród uczniów. Na szczęście wielkie oko ministerstwa nie pozostaje ślepe na te problemy i podaje rozwiązanie – kolejną reformę kanonu lektur. Tym razem obejmie ona pierwsze i czwarte klasy szkoły podstawowej. Na czym polega?

     Skoro dzieci nudzą się lekturami, zdaniem wielu polityków, rodziców i samych uczniów, należy… zmienić lektury. Słowem: zamiast pełnowartościowego literackiego obiadu, wcisnąć do ręki cukierka. W postaci na przykład (to na razie tylko propozycja)„Harry’ego Pottera” czy „Percy’ego Jacksona”. Jednocześnie usuwane są książki „problematyczne”, niemodne lub zbyt trudne w odbiorze. Ostatnio los „wygnańca” spotkał choćby „Pana Tadeusza”, który został wypchnięty do starszych roczników.

    To rzecz jasna budzi kontrowersje. W szerszej perspektywie ścierają się ze sobą dwie koncepcje: kanonu sztywnego niczym zakurzony szkielet i kanonu tak giętkiego, że spektakularnie uderza w podłogę. Tymczasem sztuką jest zdefiniowanie roli lektur w procesie edukacji. Wydaje się, że od tego punktu powinna wychodzić cała ewentualna reforma. Teksty omawiane w klasie nie są formą rozrywki, zbiorem najbardziej lubianych pozycji ani nawet (choć to mile widziany „skutek uboczny”) sposobem na zachęcenie uczniów do czytania. To ostatnie jest wielkim zadaniem przede wszystkim dla rodziców, a samo poszukiwanie ciekawych powieści – naturalną skłonnością każdego, kto wykształci już swój indywidualny gust literacki. By móc to zrobić, potrzebna jest jednak znajomość… literackiego szkieletu kultury.

    Kanon lektur przypomina raczej wielką panoramę epok. Nie musimy lubić jego poszczególnych elementów. Przeciwnie. Mamy prawo ich nienawidzić, krytykować lub – co dla autora najgorsze – przejść obok nich obojętnie. Ale kwestią odpowiedzialnej edukacji jest przyznanie, że zajmują one znaczące miejsce w kulturze narodowej. Stanowią barwny obraz danej epoki, nie złożony z dat i nazwisk, tylko z myśli, emocji i słowa. Oczywiście to nadal krajobraz impresjonistyczny. Niemożliwe jest bowiem upchnięcie wszystkich ważnych utworów w szkolnej ławie. Mamy lekko rozmyte plamki uczuć, blade odcienie wartości i słabe kontury filozofii. Nadal jednak pozwala on przyglądać się naszemu dziedzictwu jako całości, dostrzec nieskończony proces kształtowania się kultury. Jeśli usuniemy fragmenty, które nam nie pasują, utracimy ten piękny widok. Zostanie kilka niepowiązanych ze sobą pociągnięć pędzla. A brak sensu nie zachęca raczej do zgłębiania zagadnienia.

    Oczywiście spis lektur to nie ołtarz – możemy inaczej rozkładać akcenty i czasami dobierać słodycze na deser (one też niekiedy stanowią bardzo wartościowe teksty, choć niekoniecznie z perspektywy tradycji narodowej czy szerzej – kulturowej). Nie powinno się jednak zapominać o jego podstawowej funkcji. Możemy łamać sobie głowę nad poziomem inteligencji Tadeusza Soplicy, który pomylił czternastoletnią złotowłosą Zosię z blisko czterdziestoletnią Telimeną o kruczych lokach, ale nie powinniśmy pozostawać ślepi na kunszt mickiewiczowskiego portretu Ojczyzny z tamtego okresu. Dlatego, choć na samo wspomnienie twórczości Witolda Gombrowicza czy Witkacego nadal robi mi się słabo, nigdy nie postulowałabym rezygnacji z ich omawiania na zajęciach. Przeciwnie. „Ferdydurke” to doskonały trop pozwalający prześledzić, co – w moim odczuciu – „poszło źle” w literaturze i dlaczego właśnie tak się stało.

    Jeśli zdecydujemy się opowiadać dzieciom jedynie „modne” historie w „modny” sposób, nigdy nie zdołają sięgnąć poza horyzont współczesności. Jeśli priorytetem w doborze lektur będzie popularność, za kilkadziesiąt lat na kanon mogłyby się składać „Zmierzch”, „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” i szereg młodzieżowych romansów. Usuwając wszystkie trudniejsze słowa i archaizmy, poprowadzimy natomiast najmłodszych ścieżką ubożejącego słownictwa i intelektualnego lenistwa.

    Istnieje jednak jeszcze inne niebezpieczeństwo. Niektórzy odkładają gumki do mazania i sięgają po długopisy, by klasyczną literaturę… przepisać. Zreinterpretować, tak by pasowała do geometrycznych ram teraźniejszości. Biedny Stanisław Wokulski staje się napastliwym stalkerem, a Izabela Łęcka – zahukaną ofiarą opresyjnego społeczeństwa. Bez wątpienia można zerknąć na ten obraz przez szkło nowoczesnej gabloty, ale nigdy w oderwaniu od realiów historycznych i nigdy wybiórczo. Skoro uwzględniamy społeczne wychowanie Izabeli, ten sam aspekt powinniśmy brać pod uwagę także wtedy, gdy oceniamy zachowania Wokulskiego. Skoro dopatrujemy się u niego prześladowania, to tak samo powinniśmy widzieć jej zmanierowanie i próżność. Tymczasem odrywamy utwór nie tylko od zawartych w treści sensów i intencji autora, ale przede wszystkim od całego kontekstu epoki. Stawiamy wreszcie samych siebie ponad pisarzem i ogłaszamy, że „wiemy lepiej, co miał na myśli” lub bardzo instrumentalnie wykorzystujemy jego dzieło, by sprzedać myśli własne. Ku chwale postępu!

    System oświaty przeżył już dziesiątki reform – przeżyje i tę. Nie wiadomo jednak, czy taki sam los spotka kulturę. Ona nie lubi, gdy panoramę zakleja się współczesnymi plakatami albo „poprawia” markerem.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->