Czy trudna historia Niemiec przeszkadza w budowaniu dobrych relacji? A może właśnie pomaga?
Fragment okładki omawianej książki
Czy można jednocześnie dobrze współpracować z Niemcami i bardzo dobrze pamiętać, jak wyglądała historia polsko-niemieckich relacji? Książka prof. Grzegorza Kucharczyka „Niemcy. Kraj wojen i rewolucji” prowokuje do postawienia właśnie takiego pytania.
Inne z kategorii
[KADR TYGODNIKA] „Pozłacany wiek”. Pozłacane stereotypy, prawdziwe emocje
[OKIEM TYGODNIKA] Miasto się wyprowadza. Epoka lodowcowa w cieplarni
Tytuł książki może sugerować, że otrzymujemy po prostu kolejną historię niemieckiego militaryzmu. Tymczasem zamysł autora jest znacznie szerszy.
Kucharczyk przekonuje, że kraje niemieckie od XVI wieku były nie tylko uczestnikiem kolejnych europejskich konfliktów, ale również jednym z najważniejszych laboratoriów rewolucyjnych idei.
Rewolucję rozumie przy tym szeroko. Nie musi ona oznaczać barykad, strzelaniny i obalania rządu. Może najpierw dokonać się w religii, filozofii, sposobie rozumienia państwa, narodu, człowieka czy moralności.
Dlatego opowieść zaczyna się od Marcina Lutra, a prowadzi przez niemiecką filozofię, liberalizm, socjalizm, narodowy socjalizm i kolejne przemiany XX wieku aż do zjawisk zupełnie współczesnych.
Demokraci też mieli swój „zdrowy egoizm narodowy”
Szczególnie interesujące są w książce te fragmenty, które nie mieszczą się w prostym schemacie: niemiecka prawica była nacjonalistyczna, podczas gdy liberałowie i socjaliści reprezentowali uniwersalistyczne spojrzenie na narody.
Historia okazuje się znacznie bardziej skomplikowana.
Podczas Wiosny Ludów w 1848 roku niemieccy liberałowie i demokraci domagali się konstytucji i praw obywatelskich. Kiedy jednak podczas obrad parlamentu frankfurckiego pojawiła się kwestia polska, można było usłyszeć argumenty odwołujące się do „zdrowego egoizmu narodowego”.
Demokratyczny deputowany Carl Vogt mówił wręcz, że „prawo spisane atramentem” niewiele znaczy wobec tego, co naród potrafi sobie zdobyć.
Jeszcze ciekawszy przykład Kucharczyk znajduje pod koniec XIX wieku w niemieckiej socjaldemokracji.
Socjaldemokraci potrafili ostro krytykować brutalne metody pruskiej germanizacji Polaków. Nie zawsze oznaczało to jednak odrzucenie samej germanizacji. W socjaldemokratycznej prasie można było przeczytać, że nie należy zwalczać „germanizacji jako takiej”, jeżeli dokonuje się ona bez policyjnego przymusu.
To drobny szczegół historyczny, ale bardzo dużo mówi o sile przekonania o niemieckiej misji kulturowej.
Od Lenina do Hitlera
Jeden z najbardziej niezwykłych epizodów dotyczy Ericha Ludendorffa.
Podczas pierwszej wojny światowej należał on wraz z Paulem von Hindenburgiem do ludzi faktycznie kierujących niemieckim wysiłkiem wojennym. W 1917 roku Niemcy umożliwiły Leninowi przejazd ze Szwajcarii do Rosji. Berlin liczył, że bolszewicy doprowadzą do dalszego rozpadu rosyjskiego państwa i wycofania Rosji z wojny.
Kalkulacja okazała się trafna. Bolszewicy zdobyli władzę i zawarli z Niemcami pokój w Brześciu.
Sześć lat później Ludendorff pojawił się jednak w zupełnie innej rewolucyjnej historii. W listopadzie 1923 roku maszerował w Monachium obok Adolfa Hitlera podczas nieudanego puczu.
Takie zestawienia należą do najmocniejszych stron książki Kucharczyka. Pokazują historię nie jako ciąg odseparowanych wydarzeń, ale jako sieć idei, politycznych interesów i następstw, które czasem wracają w zupełnie nieoczekiwanej postaci.
Czy taka książka jest dzisiaj potrzebna?
Pozostaje jednak zasadnicze pytanie.
Czy w 2026 roku potrzebujemy książki, która przypomina przede wszystkim ciemne karty niemieckiej historii?
Polska i Niemcy należą przecież do tych samych struktur europejskich i wojskowych, a gospodarki obu państw są ze sobą niezwykle silnie związane. Nie brakuje również głosów, że ciągłe wracanie do historii utrudnia budowanie dobrych relacji.
Można jednak odwrócić to rozumowanie.
Dobre stosunki między narodami nie wymagają amnezji. Przeciwnie: trwałe partnerstwo można budować właśnie wtedy, gdy obie strony dobrze wiedzą, kim są, jakie mają doświadczenia i gdzie przebiegają ich interesy.
Historia nie jest przy tym wyrokiem.
Dzisiejsze Niemcy nie są Prusami Fryderyka Wielkiego, Rzeszą Bismarcka ani tym bardziej III Rzeszą. Byłoby absurdem traktować narody tak, jakby polityczne i moralne cechy przechodziły z pokolenia na pokolenie niczym kolor oczu.
Historia może jednak uczyć rozpoznawania pewnych schematów.
Jednym z nich jest pokusa dużego państwa, aby własny interes przedstawiać jako interes wszystkich. Innym – przekonanie, że silniejszy ma prawo określić słabszemu, co dla niego samego będzie najlepsze.
Nie są to zresztą cechy wyłącznie niemieckie. Tak działała i działa polityka wielu mocarstw.
W relacjach z Niemcami warto jednak znać właśnie niemiecką historię tych zjawisk.
Partnerstwo oznacza symetrię
Dlatego książka Kucharczyka nie musi prowadzić do wniosku, że Polska powinna od Niemiec się odsuwać.
Może prowadzić do wniosku dokładnie odwrotnego.
Współpracujmy tam, gdzie współpraca jest korzystna. Budujmy jak najlepsze relacje gospodarcze, polityczne i społeczne. Jednocześnie nie rezygnujmy z prawa do własnej oceny historii i własnych interesów.
Niemcy mają prawo zabiegać o swoje interesy. Polska ma takie samo prawo.
Na tym właśnie polega partnerstwo: na symetrii, a nie na podporządkowaniu.
W najnowszym filmie na kanale Tygodnika Bydgoskiego omawiam książkę Grzegorza Kucharczyka „Niemcy. Kraj wojen i rewolucji” i zastanawiam się, czy znajomość trudnej historii może – paradoksalnie – pomóc w budowaniu lepszych relacji między Polską a Niemcami.
Bo być może najlepszą receptą na dobre sąsiedztwo jest współpraca bez kompleksów i bez złudzeń.