[KADR TYGODNIKA] „Ta inna siostra Bennet”: między nostalgią, psychologią a banałem
Serial BBC One inspirowany powieścią Janice Hadlow udowadnia, że świat Jane Austen wciąż można opowiadać na nowo. Najlepiej wypada tam, gdzie skupia się na psychologii Mary Bennet. Gorzej, gdy dopisuje klasyce zbyt współczesne morały.
Inne z kategorii
[OKIEM TYGODNIKA] Komu bije dzwon...
Austen wciąż działa. Ekranizacje — różnie
Powieści Jane Austen przetrwały próbę czasu. Do dziś wielu czytelników chętnie wraca do brytyjskiego świata panien z dobrych domów, salonowych rozmów, balów i matrymonialnych kalkulacji. W modzie pozostają także ekranizacje jej twórczości — choć z tymi bywa różnie.
Współczesne produkcje kostiumowe coraz częściej przestają być próbą odtworzenia epoki, a stają się dzisiejszą wrażliwością przebraną w suknię z wysokim stanem. Efekt bywa osobliwy: niby porcelana po prababce, ale ktoś nalał do niej napoju energetycznego.
Czy „Ta inna siostra Bennet”, ekranizacja powieści Janice Hadlow, podzieliła ten los?
Trochę tak. I trochę nie.
Mary Bennet wychodzi z cienia
Powieść Hadlow jest spin-offem „Dumy i uprzedzenia”. Autorka skupia się na Mary Bennet — środkowej siostrze, o której Jane Austen pisała najrzadziej. W serialu poznajemy historię rodziny właśnie z jej perspektywy: introwertycznej, konserwatywnej, pobożnej, nieco zarozumiałej, ale przede wszystkim bardzo niepewnej siebie dziewczyny.
BBC One przeniosło tę historię na ekran w formie miniserialu. Produkcja zebrała wysokie oceny i wiele pochwał od widzów oraz krytyków. Czy słusznie? W dużej mierze tak.
Niewinność jako największy atut
Największą zaletą serialu jest jego niewinność. Twórcy nie próbują na siłę przepisać mentalności dawnej Anglii według dzisiejszych standardów. Panienki nadal marzą głównie o dobrym małżeństwie, rozrywką są gry słowne, poezja i muzyka, a romanse pozostają pełne spojrzeń, półsłówek i konwenansów.
To działa. Serial ma urok właśnie dlatego, że nie epatuje nowoczesnością. Nie próbuje za wszelką cenę udowodnić, że jest „na czasie”. Pozwala widzowi wejść w świat, w którym jedno spojrzenie przy ponczu może znaczyć więcej niż dzisiejsza tyrada o uczuciach.
Współczesność jednak się wkrada
Mimo to twórcy nie powstrzymali się od „kulturowego urozmaicenia” scenerii. Wśród przedstawicieli elity pojawiają się postaci o hinduskiej urodzie i akcencie, a w jednej z ostatnich scen Mary zostaje guwernantką ciarnoskórej panienki. Tak licznej reprezentacji mniejszości w kręgu wyższych sfer, nie sposób wytłumaczyć samą imperialistyczną ambicją kraju i brytyjskimi koloniami.
Problemem nie jest więc obecność tych bohaterów, lecz sposób ich wprowadzenia. Brakuje historycznego lub dramaturgicznego uzasadnienia. Widz zaczyna więc widzieć nie epokę, lecz współczesny obowiązek reprezentacji.
Pani Bennet: od karykatury do matki
Nierówno wypada także portret pani Bennet. Przez większość odcinków matka dziewcząt jest niemal wyłącznie postacią komediową: próżną, hałaśliwą, egocentryczną i obsesyjnie skupioną na wydaniu córek za mąż.
Dopiero w finale, podczas szczerej rozmowy z Mary, nabiera głębi. Szkoda, że tak późno, bo właśnie wtedy widać, że mogła być kimś więcej niż tylko karykaturą matczynej ambicji.
Psychologia Mary to najmocniejszy punkt serialu
Najlepiej wypada relacja Mary z matką. Bohaterka uchodzi za mniej urodziwą i mniej interesującą od sióstr. Nie ma towarzyskiego wdzięku, charyzmy ani łatwości rozmowy. Szybko jednak okazuje się, że najbardziej brakuje jej nie urody, lecz pewności siebie.
Mary dorastała w domu pozornie idealnym, ale emocjonalnie raniącym. Nie ma tu przemocy ani jawnej nienawiści. Są za to westchnienia rozczarowania, sugestie, półsłówka i stałe poczucie, że jest się gorszą wersją własnych sióstr.
Serial bardzo dobrze pokazuje skutki takiego wychowania. Mary skubie skórki przy paznokciach, siedzi zgarbiona, wybiera miejsce na uboczu, odruchowo przyjmuje postawę uległości. Jej niezręczność bywa zabawna, ale często boli przez ekran. Sceny, w których nie wie, kiedy wypada napić się ponczu albo czy taniec oznacza już uczuciową deklarację, są komiczne i przykre zarazem.
Dojrzewanie bez wielkiego romansu
Udanie wypada też finałowa konfrontacja Mary z matką. Rozmowa pozwala lepiej zrozumieć raniącą postawę pani Bennet, ale pokazuje również przemianę samej Mary. Bohaterka uczy się niezależności od rodziny, która przez lata uczyła ją zależności.
To jeden z ciekawszych wątków serialu. Twórcy pokazują, że relacje mogą rozwijać człowieka nawet wtedy, gdy nie kończą się romantycznym happy endem. Nie każde ważne spotkanie musi prowadzić do ślubu. Czasem wystarczy, że pomaga odzyskać własny głos.
Gdy klasyka mówi zbyt współczesnym językiem
Słabiej wypada socjologiczna strona serialu. Mary, która w powieści balansowała niemal na granicy dewocji, tutaj dostaje lekki rys feministycznej niezależności. Dojrzewa do przekonania, że małżeństwo nie jest konieczne do szczęścia, a najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą.
Wniosek brzmi chwilami zbyt współcześnie, jakby bohaterka na moment opuściła XIX-wieczny salon i wróciła z poradnikiem samorozwoju pod pachą.
Nie zawsze broni się także humor. W najlepszych scenach jest subtelny i sytuacyjny. W słabszych przekracza granicę między lekkością a infantylizmem.
Mary nie zawsze oczarowuje
Największym brakiem serialu pozostaje jednak sposób pokazania wyjątkowości głównej bohaterki. Słyszymy wiele deklaracji o jej inteligencji i ciekawej osobowości, ale rzadko naprawdę to widzimy.
Poza niezłym wykształceniem i uroczą nieporadnością Mary nie ma zbyt wielu cech, które pozwalałyby się nią zachwycić. Twórcy chcą, byśmy uwierzyli, że skrywa niezwykłe wnętrze. Zbyt często każą nam jednak przyjąć to na słowo.
Warto, ale bez zachwytu
„Ta inna siostra Bennet” to przyjemna, chwilami naprawdę udana produkcja kostiumowa. Najlepiej działa jako psychologiczny portret kobiety wychowanej w cieniu cudzych oczekiwań. Gorzej wypada tam, gdzie dopisuje klasyce współczesne morały i schematyczne rozwiązania.
To serial pełen uroku, ale niepozbawiony banału. Subtelny, choć momentami łopatologiczny. Niewinny, lecz nie całkiem wolny od dzisiejszych mód.
Czy warto dopisywać do klasyki psychologiczne interpretacje? Tak — pod warunkiem, że robi się to z pokorą wobec pierwowzoru. Austen nie trzeba poprawiać. Można z nią rozmawiać. I właśnie wtedy „Ta inna siostra Bennet” wypada najlepiej.