Opinie Dzisiaj 17:45 | Redaktor
[OKIEM TYGODNIKA] Niedawno temu, w naszej galaktyce… Był sobie człowiek

fot. ilustracyjne

Każda kosmiczna przygoda kończy się przyziemnym marudzeniem na „niedojrzałość”, „oglądanie jakichś paszkwili” i czytanie „bajek dla dzieci”. Tymczasem science fiction stało się przedmiotem poważnej pracy naukowej. Profesor Dariusz Brzostek z Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika otrzymał grant na publikację o rakietach, ufoludkach, robotach i wehikułach czasu. Naukowiec zbada, w jaki sposób fantastyka naukowa odpowiada na najważniejsze pytania antropologiczne. Czy to jakaś wyrafinowana forma kpiny ze współczesnej edukacji? Absolutnie nie.

Sklep z zabawkami. Ciepłe majowe popołudnie. Krzyk dzieci. I on. Nerwowo spoglądający to na ekspedientkę, to na wielki komplet LEGO „z odległej galaktyki”. Dla syna, na szóste urodziny – mruczy z nerwowym uśmiechem. Klocki mają tysiąc elementów. Nie może jednak powiedzieć, że kupuje je także dla siebie, bo jak potem spojrzeć w lustro?

Każda kosmiczna przygoda kończy się przyziemnym marudzeniem na „niedojrzałość”, „oglądanie jakichś paszkwili” i czytanie „bajek dla dzieci”. Tymczasem science fiction stało się przedmiotem poważnej pracy naukowej. Profesor Dariusz Brzostek z Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika otrzymał grant na publikację o rakietach, ufoludkach, robotach i wehikułach czasu. Naukowiec zbada, w jaki sposób fantastyka naukowa odpowiada na najważniejsze pytania antropologiczne.

Czy to jakaś wyrafinowana forma kpiny ze współczesnej edukacji? Absolutnie nie.

Ludzkiej fantazji nie da się zmieścić w dziecinnym pokoju ani w ciasnym wnętrzu rakiety. Na szczęście. Zauważał to już John Ronald Reuel Tolkien, podkreślając, że baśń jest gatunkiem przede wszystkim dla dorosłych, a nawet rekomendując czytanie dzieciom nieco dojrzalszych opowieści, tak by mogły z nimi i do nich dorastać, jak do odrobinę za luźnych butów.

Obecna moda na tego typu literaturę nie musi więc oznaczać niczego złego. Wyobraźnia to narzędzie i wyłącznie od nas zależy, do jakich celów zostanie wykorzystana. Tęsknimy za fantastyką w ogóle, bo odpowiada ona na najgłębsze lęki i pragnienia człowieka, ukazując go z różnych, często nieznanych jeszcze perspektyw. Jeśli fantasy bywa mapą pozwalającą spojrzeć na ludzkość z lotu ptaka i sięgnąć głębiej, niż korzenie epok, a dystopie zapraszają ją na ring z opresyjnymi systemami, to science fiction przypomina laboratorium. Stawia człowieka wobec nowych wyzwań, dokładnie mierzy jego reakcje i zlewa do probówek przypuszczenia. Sprawdza, jak zachowa się nasza moralność, kiedy zabraknie znanych norm społecznych i biologicznych, wyznacza granice poznania i formułuje nowe definicje człowieczeństwa.

W dyskusji nad literaturą fantastyczną pojawia się często zarzut eskapizmu. Częściowo prawdziwy, bo nieraz tego typu książki pochłaniały młodzież równie mocno, co nałogi. Mimo to Tolkien zauważał, że jest różnica pomiędzy rozpaczliwą próbą ucieczki człowieka zamkniętego w więzieniu, a rejteradą tchórza. Science fiction idzie jednak w zupełnie inną stronę. Nie ucieka, tylko wyprzedza. Nieustannie ściga się z postępem, usiłując przewidzieć jego konsekwencje, a kiedy trzeba – podłożyć mu nogę przed metą. Zadaje pytanie, które leży u podwalin każdego wynalazku i w ogóle rozwoju świata – co by było, gdyby (gdybyśmy zyskali wpływ na czas, potrafili kontrolować sny, stworzyli sztucznego człowieka)? Operuje trybem przypuszczającym, nierzadko opierając się na teraźniejszych obawach i ambicjach ludzkości. W tym kontekście to nie abstrakcyjna wizja rycerzy z laserowymi mieczami, tylko lustrzane odbicie w kostiumie przyszłości. Jak pisał Stanisław Lem w powieści „Solaris”: „Człowiek wyruszył na spotkanie innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi. Czy w tej gwiezdnej wędrówce jest coś złego? Lem odpowiedziałby gorzko: to wyraz przypisanej naszemu gatunkowi „humanitarnej ekspansji”, która próbuje wypełnić sobą całą przestrzeń. Tolkien dostrzeże tu raczej okruch utraconego raju, za którym podświadomie tęsknimy, wiecznie poszukując czegoś poza, więcej i dalej.

Pytania, które stawiają autorzy science fiction, pozostają jednak upiornie współczesne. Amerykański start-up R3 Bio rozwija właśnie koncepcję tworzenia najpierw małpich, a docelowo być może ludzkich klonów, pozbawionych kory mózgowej, tak, by w przyszłości mogły stać się źródłem organów do przeszczepów. Nie jest to więc wytwór wyobraźni autorki „Frankensteina”, tylko bardzo realna „zabawa” w Boga.

Fantastyka naukowa potrafi przewidywać. Wiele jej wizji — od smartfonów po sztuczną inteligencję — na stałe wpisało się już w naszą codzienność. Potrafi też jednak ostrzegać przed… własnymi technologiami. W „Incepcji” Christophera Nolana ukazano, jak łatwo, poprzez świadome śnienie, zatracić granicę rzeczywistości, a w „Reminiscencji” Lisy Joy możliwość ponownego przeżycia wybranych wspomnień staje się śmiertelnie groźnym narkotykiem.

Oczywiście gatunek ten bywa też nadużywany i wykorzystywany w mniej ambitnych projektach. Nie oznacza to jednak, że nie można czerpać odrobiny radości z oglądania futurystycznego mitu superbohaterów Marvela, zastanawiać się nad „człowieczeństwem” Jar-Jara, czy odkrywać enklawy natury na Pandorze w „Avatarze”. Umysł jest jak mięsień, który wymaga zarówno treningu, jak i odpoczynku. Im barwniejszy i bardziej kreatywny odpoczynek, tym lepiej pójdzie potem trening. Science fiction nie trzeba też lubić. Ważne tylko, by nie upychać go na siłę do dziecięcego kosza na pranie.

Ursula Le Guin, w jednym ze swoich najznakomitszych dzieł pisała: „Światło jest lewą ręką ciemności, a ciemność prawą ręką światła”. To uniwersalna myśl, która może zobrazować ludzkość. Fantazja jest lewą ręką rzeczywistości, a rzeczywistość prawą ręką fantazji. Obie są konieczne, by człowiek mógł dostrzec swój prawdziwy kształt w lustrze świata.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->